Reżim Alaksandra Łukaszenki od lat systematycznie eliminuje niezależne źródła informacji, równolegle rozbudowując aparat propagandy, dla którego kontrola przekazu staje się kwestią politycznego przetrwania. Cały system uzupełniają prześladowania niezależnych dziennikarzy. Choć punktem zwrotnym były wydarzenia wokół wyborów w 2020 roku, fundamenty tego systemu powstawały już w latach 90. XX wieku. Przekonał się o tym uwolniony Andrzej Poczobut, niewinny zakładnik mińskiego reżimu, niezłomny w walce o wolność słowa i prawa polskiej mniejszości. Dziś, gdy o „pierestrojce 2.0″ nie ma mowy, warto zapytać: jak naprawdę wygląda stan wolności słowa na Białorusi i jakie mechanizmy kontroli decydują o jego kształcie?

Autor: Marcin Mikielski
Ograniczone zmiany na lepsze
Po rozpadzie ZSRS Białoruś pogrążyła się w kryzysie. Głównym czynnikiem wpływającym na taki stan rzeczy była kondycja białoruskiej gospodarki. Zgodnie z danymi Banku Światowego w 1992 roku – pierwszym pełnym roku niepodległości państwo zanotowało ponad 10%-wy spadek PKB. W szybkim tempie załamała się białoruska gospodarka, która przez dekady nastawiona była na eksport produktów na rynek państw związkowych ZSRS. O problemach przypominała także rosnąca inflacja oraz uzależnienie energetyczne od Moskwy, która dodatkowo sama borykała się z jeszcze większym kryzysem gospodarczym.
Nie przeszkodziło to jednak Białorusinom w równoległym rozwoju pozytywnych, prowolnościowych procesów wewnątrz republiki. Jeszcze w 1991 roku Rada Najwyższa Białorusi podjęła ustawę o zmianie symboli narodowych, nawiązując tym samym do przedwojennej Białoruskiej Republiki Ludowej – państwowym godłem została Pogoń, a kolory flagi zmieniły się na biało-czerwono-biały.
Zmiany nie ominęły także mediów – stopniowo zaczęło przybywać niezależnych redakcji, które coraz śmielej podejmowały tematy dotąd uznawane za tabu. Za symboliczny początek takich działań można uznać publikację Zianona Paźniaka, na temat niezidentyfikowanych grobów w podmińskich Kuropatach – miejscu masowych egzekucji dokonywanych przez odziały NKWD w latach 30. XX wieku. Rozwój nie trwał jednak na tyle długo aby w kraju doszło do przemian i ugruntowania się systemu medialnego na wzór zachodni. Zabrakło także czasu na zmiany prawne i instytucjonalne. Temat wolności prasy na Białorusi przyćmiły jednak inne problemy. Na agendzie polityków znalazła się kwestia sowieckiego arsenału nuklearnego na terytorium państwa.
Początek końca wolności mediów
Niepodległość, która przyszła na Białoruś w dużej mierze nieoczekiwanie, nie oznaczała zerwania społeczeństwa z postsowiecką nostalgią. Wskazują na to wyniki wyborów do Rady Najwyższej BSRR w 1990 roku – Komunistyczna Partia Białorusi mogła wówczas liczyć na poparcie sięgające aż 86%. Dla kontrastu, na Litwie w tym samym czasie ogłoszono restytucję niepodległości po ponad pięćdziesięciu latach sowieckiej okupacji. Rozbieżność ta trafnie oddaje odmienne trajektorie transformacyjne w regionie. W efekcie scena polityczna na Białorusi szybko ukształtowała się wokół dwóch przeciwstawnych obozów. Opozycja demokratyczna pozostawała w tym okresie słaba i nie cieszyła się szerszym poparciem społecznym.
Nie pomogło także mianowanie, po puczu Janajewa we wrześniu 1991 roku, na przewodniczącego Rady Najwyższej Białorusi miejscowego fizyka i opozycjonisty Stanisława Szuszkiewicza. Większość jednoizbowego parlamentu poparła kandydaturę komunisty – Wiaczasława Kiebicza.
Wewnętrzny pat polityczny przeciągał się w warunkach społeczno-ustrojowej transformacji, a jego końcowy akt rozegrał się w 1994 roku. Pierwsze i zarazem ostatnie wolne wybory prezydenckie na Białorusi miały zadecydować o tym, w którą stronę skręci państwo: czy Białoruś wkroczy na drogę neutralności, tak jak chciał tego Szuszkiewicz, czy też będzie kontynuowana tradycja sowiecka – jak chciała tego KPB na czele z Kiebiczem.
Nieoczekiwanie, pierwszą turę wyborów z wynikiem 45% głosów wygrał młody, bo 40-letni wtedy Alaksandr Łukaszenka. Kandydat sprawnie wykorzystał media do promocji swojej kandydatury w kampanii wyborczej. Obiecywał radykalne zmiany mające zatrzymać hiperinflację oraz eliminację korupcji na najwyższych szczeblach władzy. Jego atutem okazało się także to, że nie był kojarzony z żadnym ze zwalczających się opcji. Data 10 lipca 1994 roku okazała się początkiem trwającego już ponad trzy dekady niepodzielnego panowania Łukaszenki. Tego dnia zwyciężył w drugiej turze wyborów prezydenckich na Białorusi z wynikiem 80% głosów i pokonał swego największego rywala – Wiaczasława Kiebicza. Niedługo potem zaczął się demontaż kruchej białoruskiej demokracji.
Propagandowa stabilność
Konsolidacja władzy Łukaszenki objęła również sferę medialną. Podporządkowywanie mediów przebiegało dwutorowo: poprzez wykorzystanie narzędzi instytucjonalnych oraz stosowanie przemocy wobec dziennikarzy sprzeciwiających się władzy. Media państwowe stały się głównym wehikułem propagandy, wspierającym przekaz prezydenta. Obejmowało to zarówno decyzje dotyczące zmiany symboli narodowych oraz wprowadzenia języka rosyjskiego jako drugiego języka państwowego, jak i sposób relacjonowania „sukcesów” w poprawie sytuacji ekonomicznej.
Według raportu Global Press Freedom Score – 2002 w wiek XXI Białoruś wkroczyła na 161. miejscu pod względem wolności mediów (15-ta od końca). Już w tym okresie na porządku dziennym były zatrzymania i aresztowania „niewygodnych” osób. Najtragiczniejszym wydarzeniem było zaginięcie Dzmitryja Zawadskiego – operatora rosyjskiej stacji telewizyjnej ORT. Z dużym prawdopodobieństwem Zawadski posiadał materiały kompromitujące białoruskie służby specjalne. I choć w tym samym czasie (w 2000 roku) na Ukrainie doszło do zabójstwa Heorhija Gongadze, dziennikarza i krytyka rządów Leonida Kuczmy, to obecnie oba państwa znajdują się na zupełnie przeciwnych biegunach. Ukraina przez ostatnie dwie dekady stopniowo przesuwa się do przodu, znajdując się w 2025 roku na 61. miejscu. Białoruś obrała przeciwny kurs i tym razem uplasowała się na 166-tej pozycji (na 180 państw).
W kolejnych latach białoruskie ustawodawstwo zostało rozbudowane o przepisy penalizujące „dyskredytację Republiki Białoruś” oraz zakazujące działalności podmiotów uznanych za realizujące interesy zagraniczne. Mimo rosnącej represyjności środowiska prawnego niezależne media i dziennikarze kontynuowali działalność, podejmując ryzyko wieloletnich wyroków. Wypracowane w tym okresie metody zastraszania i kontroli informacji zostały następnie zastosowane na bezprecedensową skalę po 2020 roku.
2020 rok – ostateczny demontaż
Przez dwadzieścia sześć lat rządów Łukaszenki Białoruś konsekwentnie balansowała między Wschodem a Zachodem, ujawniając autorytarne oblicze systemu przede wszystkim przy okazji kolejnych cykli wyborczych. Równowaga ta zachwiała się w 2020 roku pod wpływem splotu czynników strukturalnych i koniunkturalnych. Istotnym katalizatorem mobilizacji społecznej okazała się pandemia COVID-19: oficjalny przekaz mediów państwowych, bagatelizujący zagrożenie i promujący nieortodoksyjne metody profilaktyki, rażąco rozmijał się z informacjami docierającymi do obywateli ze źródeł europejskich i rosyjskich. Erozja wiarygodności oficjalnego przekazu, spotęgowana falą politycznych zatrzymań poprzedzających wybory prezydenckie, doprowadziła do bezprecedensowej mobilizacji społecznej. Kulminację stanowiły masowe protesty powyborcze, które obnażyły zarazem skalę fałszerstw wyborczych, jak i gotowość reżimu do użycia aparatu represji na szeroką skalę.
W trakcie protestów w sierpniu i wrześniu 2020 roku władze przystąpiły do masowych aresztowań dziennikarzy dokumentujących wydarzenia na ulicach Mińska, a także do selektywnego wyłączania dostępu do Internetu. Działania te przypieczętowały faktyczną likwidację legalnej przestrzeni dla niezależnego dziennikarstwa w kraju. Równolegle reżim musiał zmierzyć się z wewnętrznym buntem we własnych strukturach medialnych: część dziennikarzy i operatorów telewizji państwowej Biełaruś 1 odmówiła dalszego uczestnictwa w dezinformacji i przyłączyła się do protestujących, doprowadzając do kilkunastogodzinnej przerwy w emisji. Lukę tę wypełniła Federacja Rosyjska, delegując na Białoruś własny zespół specjalistów od propagandy – co stanowiło wymowny sygnał rosnącej zależności Mińska od Moskwy również w sferze informacyjnej.
Ekstremalna propaganda
W 2021 roku media opozycyjne i redakcje zagraniczne na Białorusi uznano za „organizacje ekstremistyczne”. Jednym z niewinnie zatrzymanych został Andrzej Poczobut, uwolniony z białoruskiego więzienia 28 kwietnia 2026 roku. Dziennikarzowi oraz działaczowi Związku Polaków na Białorusi przypisano fałszywe oskarżenia „podżegania do nienawiści”. Tak reżim Łukaszenki postrzega wieloletnie starania Poczobuta o zachowanie praw mniejszości polskiej na Białorusi, pielęgnowanie miejsc pamięci historycznej związanych z Armią Krajową oraz obronę wolności wypowiedzi. Z powodu represji większość niezależnych redakcji przeniosła swoją działalność na Litwę i do Polski.
Nie oznacza to jednak, że rzetelna wiedza o sytuacji wewnętrznej w państwie białoruskiej zanikła. Media opozycyjne wciąż posiadają swoich informatorów wewnątrz reżimu białoruskiego, co pozwala im zdobywać cenne informacje i prowadzić śledztwa dotyczące aparatu represji. Tym samym, mimo fizycznej emigracji redakcji, walka o dostęp do niezależnych informacji przeniosła się do sfery transnarodowej i konspiracyjnej.
Ilustracją tych uwarunkowań jest praktyka dziennikarska redakcji Biełsat – finansowanej przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP, a następnie przekształconej w 2025 roku w portal Centrum Europy. Marcin Herman, jeden z jej dziennikarzy, opisuje realia pracy w następujący sposób:
„Praca na miejscu, w Białorusi, jest po prostu ekstremalna. Za współpracę z mediami uznawanymi za ekstremistyczne (a takimi są media niezależne) grozi na Białorusi nawet do 20 lat więzienia. Pozyskiwanie danych odbywa się w państwie, które pod względem kontroli obywateli można porównać do Korei Północnej. Dochodzi nawet do sytuacji, w których funkcjonariusze KGB i milicji mogą wyrywkowo żądać od ludzi na ulicy pokazania zawartości telefonu. Dziennikarze działają półkonspiracyjnie”.
Działalność ta obejmuje m.in. monitorowanie przemieszczania się wojsk rosyjskich, dokumentowanie wydarzeń wewnętrznych oraz ujawnianie nadużyć władzy. Równolegle białoruskie media propagandowe przeszły istotną ewolucję retoryczną. Zaostrzeniu uległ przede wszystkim język wobec Unii Europejskiej oraz sąsiadów Białorusi – Polski i Litwy, który coraz wyraźniej operuje brutalizacją i mową nienawiści. Emblematyczną postacią tego nurtu jest Grigorij Azarenok, prowadzący program Азаренок. Напрямую (pol. Azarenok. Bezpośrednio). Herman ocenia, że Azarenok przewyższa pod względem prymitywizmu retorycznego czołowego propagandystę rosyjskiego Władimira Sołowjowa – co, zważywszy na standardy rosyjskiej telewizji państwowej, jest stwierdzeniem analitycznie znaczącym:
Polska jest jednym z głównych celów łukaszenkowskiej propagandy. Czołowym propagandystą jest Grigorij Azarenok – człowiek niezrównoważony, który w swoich programach posługuje się wulgaryzmami, często atakując Polskę. Na kanałach propagandowych powiązanych z KGB zamieszczano „pokajania” – wymuszone akty skruchy więźniów, deklarujących współpracę z USA. Zeznania te były w oczywisty sposób wymuszane, często przy użyciu terroru.
Uzupełnieniem tego ekosystemu są pseudo-śledcze i pseudo-dokumentalne produkcje emitowane przez telewizje ONT oraz Biełaruś 1 i 2, których głównym celem jest dyskredytacja opozycji na uchodźstwie oraz przedstawianie Polski i Litwy jako państw terroryzujących migrantów bądź przygotowujących agresję na Białoruś. Osobnym wektorem oddziaływania pozostaje Międzynarodowe Radio Białoruś, emitujące audycje w języku polskim i stanowiące potencjalne źródło dezinformacji dla polskiego odbiorcy. Zjawisko to wpisuje się w szerszą strategię informacyjną reżimu, ukierunkowaną na kształtowanie opinii publicznej poza granicami państwa.
Niewolnicy systemu czy zaprogramowani propagandyści?
Pomiar rzeczywistego wpływu propagandy na postawy społeczne pozostaje metodologicznie trudny, a w warunkach zamkniętego systemu informacyjnego – często niemożliwy do precyzyjnego oszacowania. Spadek wiarygodności oraz niska popularność mediów reżimowych mogą być szczególnie widoczne wśród młodszych odbiorców, co wynika z rosnącego znaczenia nowych form komunikacji dostępnych na platformach takich jak YouTube, Telegram oraz inne media społecznościowe, nad którymi władze nie sprawują pełnej kontroli. Jednocześnie to starsze pokolenie, w dużej mierze korzystające z mediów tradycyjnych, pozostaje najbardziej narażone na oddziaływanie propagandy.
Warto pamiętać, że twórcy propagandy na usługach Łukaszenki nie są ludźmi z przypadku. Służby wewnętrzne mogą posiadać materiały kompromitujące dziennikarzy będących na usługach reżimu. Herman wskazuje, że reżim kontroluje tego typu osoby za pomocą tzw. haków:
To są niewolnicy systemu. Są wykorzystywani i zależni od systemu jeszcze w większym stopniu niż było to w Związku Radzieckim, bowiem dzisiejsza technologia pozwala ich kontrolować w coraz większym stopniu. To nie są wolni ludzie. Dochodzi na przykład do wykorzystania orientacji seksualnej. Osoby boją się ujawnienia i zrobią wszystko, co im się każe. W Związku Radzieckim wielu z nich pracowało jeszcze ideowo, więżąc w komunizm, a teraz?…
Kompromitujące dziennikarzy materiały mogą obejmować korupcję, nadużycia finansowe, czy też skandale obyczajowe. Równolegle funkcjonuje permanentna groźba zatrzymania. W strukturze tej współistnieją zarówno pracownicy zinternalizowani ideologicznie, jak i konformiści kalkulujący korzyści kariery. Reżim stosuje ponadto aktywne działania zmierzające do publicznego złamania swoich przeciwników – czego emblematycznym przykładem pozostaje przypadek Romana Protasiewicza, dziennikarza i działacza opozycyjnego związanego z kanałem NEXTA, zatrzymanego po wymuszonym lądowaniu samolotu linii Ryanair w Mińsku w maju 2021 roku.
Odrębną ścieżką rekrutacji do mediów propagandowych są powiązania osobiste i rodzinne z aparatem władzy. Przykładem takich koneksji jest Elizaweta Łakotko– żona syna przewodniczącego KGB, prezenterka kanału Беларусь 1 (pol. Biełaruś 1).
Reżim sięga również po cudzoziemców, którym grozi odpowiedzialność karna w krajach pochodzenia, instrumentalizując ich obecność jako dowód rzekomego poparcia „zdrowych sił Zachodu” dla Łukaszenki.
Reżim wykorzystuje również osoby z Zachodu, którzy uciekli na Białoruś przed wymiarem sprawiedliwości. Jest tam Litwin, Amerykanin, a nawet Ukrainka. Pokazuje się, że „zdrowe siły” na Zachodzie popierają Łukaszenkę. Przykładem takiej postaci jest polski dezerter Tomasz Szmydt – podkreśla Herman.
Wielu dziennikarzy propagandowych stacji Беларусь znalazło się na listach sankcyjnych Unii Europejskiej. Co więcej, z dostępnych informacji udostępnianych przez Biełteleradiokompanię wynika, że większość kadry stanowią kobiety, które nierzadko doświadczenie w branży dziennikarskiej zdobywały na zagranicznych uniwersytetach. Jak zauważa Herman:
Potrzebna jest też „ładna twarz” systemu. Jedną z twarzy propagandy jest była Miss Białorusi, kojarzona jako jedna z partnerek Łukaszenki.
Na eksponowanych stanowiskach obecni są również obywatele rosyjscy. Znamienne jest przy tym, że wszystkie kanały białoruskiej telewizji państwowej pozostają dostępne w Internecie mimo sankcji nałożonych przez UE i państwa członkowskie. To wskazuje na istotną lukę w skuteczności dotychczasowych instrumentów ograniczania zasięgu białoruskiej propagandy.
Co dalej?
Obecny system blokady informacyjnej i indoktrynacji medialnej w swojej skrajnej postaci funkcjonuje od około sześciu lat – to horyzont czasowy niewystarczający, by dokonać trwałego przeobrażenia postaw społecznych w pełnej skali. Kluczową zmienną pozostaje przestrzeń cyfrowa: Internet i platformy mediów społecznościowych stanowią zarazem główny kanał obiegu niezależnej informacji, jak i obszar rosnącej inwigilacji ze strony służb. Reżim dysponuje narzędziami monitorowania aktywności sieciowej obywateli, choć nie posiada dotąd technologicznych i instytucjonalnych zdolności pozwalających na stworzenie zamkniętego, suwerennego systemu internetowego na wzór chiński. W tym kierunku konsekwentnie zmierza natomiast Rosja, rozwijając własną infrastrukturę kontroli sieci i wprowadzając aplikację Max, szpiegującą użytkowników na potrzeby rosyjskich służb specjalnych.
W perspektywie średnioterminowej media propagandowe pozostaną narzędziem wykorzystywanym przez białoruski reżim na potrzeby wewnętrzne, a na pierestrojkę 2.0 – pomimo ostatnich negocjacji amerykańsko-białoruskich i wypuszczeniu na wolność części zatrzymanych dziennikarzy – raczej się nie zanosi.
Marcin Mikielski – student stosunków międzynarodowych, przewodniczący Koła Naukowego Europy Środkowej i Wschodniej na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego. Zainteresowany współczesną Litwą, Ukrainą i Białorusią, a także obszarem postsowieckim.


