Zamiast wybierać między Berlinem a Waszyngtonem, zastanówmy się, po co są nam ci sojusznicy? [POLEMIKA]

Na wstępie muszę przyznać, że działam w sposób, w jaki zdecydowanie nie powinien zachowywać się żaden gracz w stosunkach międzynarodowych ani szerzej — w świecie polityki. Mam na myśli działanie reakcyjne, polegające na oczekiwaniu na impuls z zewnątrz. Poniższe rozważania są bowiem odpowiedzią na tekst Michała Woźniaka pt. „Polska stawia na Berlin czy Waszyngton?”, opublikowany 30 kwietnia br. na łamach portalu Obserwator Międzynarodowy.

Friedrich Merz i Donald Trump w Białym Domu 5 czerwca 2025 roku / fot. Official White House Photo by Daniel Torok; https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:President_Donald_Trump_holds_a_bilateral_meeting_with_German_Chancellor_Friedrich_Merz_on_June_5,_2025_in_the_Oval_Office.jpg

Autor: dr Michał Rulski

Nie chciałbym podważać zasadniczego pytania postawionego przez wspomnianego analityka. Zamiast tego zamierzam skupić się na tym, co właściwie daje nam tak sformułowana kwestia oraz czy rozumiemy konsekwencje ewentualnej odpowiedzi. Choć problem ten co jakiś czas wybrzmiewa w dyskursie publicznym – podejmowany przez decydentów i publicystów – bywa często jedynie elementem ogólnej, spolaryzowanej debaty wewnętrznej.

Aby jednak w ogóle rozważać, na którą opcję sojuszniczą powinna postawić Polska – i czy taki wybór byłby racjonalny – musimy najpierw uświadomić sobie, że w zdestabilizowanym systemie globalnym nie potrafimy prowadzić wielowymiarowej polityki. Innymi słowy, nie umiemy „grać na kilku fortepianach” ani operować równolegle w różnych podsystemach stosunków międzynarodowych. W tym kontekście warto postawić pytanie o nasze rzeczywiste aspiracje w polityce zagranicznej. Czy dążymy jedynie do roli posłusznego sojusznika, czy też chcemy być pełnoprawnym partnerem, zdolnym do wykorzystywania własnych zasobów i potencjału?

Polskie siły polityczne w relacjach zewnętrznych często stosują strategię bandwagoningu, czyli – w uproszczeniu – podporządkowania się silniejszemu aktorowi w nadziei na uzyskanie korzyści. W praktyce przypomina to doczepianie się niczym mniejszy wagon do silniejszej lokomotywy. Niestety, działanie to bywa wykorzystywane głównie na potrzeby polityki wewnętrznej – jako sposób na przekonanie elektoratu o znaczeniu Polski na arenie międzynarodowej – bez koniecznego przełożenia na realne efekty dyplomatyczne.

Patrząc kompleksowo, w Polsce wyraźnie dostrzegamy rozmycie granicy pomiędzy instrumentami a celami w polityce zagranicznej. Nie możemy utrzymywać dobrych relacji z Waszyngtonem czy Berlinem jedynie dla poprawy własnego samopoczucia lub na potrzeby udanych konferencji prasowych. Dlatego warto doprecyzować, że dzięki sojuszowi z USA realizujemy konkretne cele geostrategiczne – A, B, C – a w relacjach z Niemcami dążymy do osiągnięcia planów X, Y, Z. Niezależnie od tego nadrzędnym celem powinien być wzrost pozycji Polski, umacnianie jej bezpieczeństwa oraz dobrobyt obywateli. Bez takiego ukierunkowania zarówno polityka zagraniczna, jak i wewnętrzna pozostaną pozbawione realnego wymiaru, sprowadzając się do taniego PR-u, który nie przekłada się nawet na rozwój soft power czy dyplomacji publicznej Rzeczypospolitej Polskiej.

Trudno mówić o wyborze konkretnej opcji sojuszniczej, skoro nie mamy jasno zdefiniowanej polskiej racji stanu ani podstawowych narzędzi do realizacji takich założeń. Jak zauważył Michał Woźniak, państwo przedstawiło „Strategię polskiej polityki zagranicznej na lata 2026–2030”. Dokument ten wydaje się jednak sygnowany i promowany raczej z perspektywy wicepremiera – przedstawiciela określonej opcji politycznej – niż ministra spraw zagranicznych, który powinien patrzeć na politykę w sposób całościowy, uwzględniając długofalową perspektywę oraz układ geostrategiczny.

Na pierwszy rzut oka strategia sprawia wrażenie przemyślanej, jednak miejscami okazuje się niespójna i nielogiczna, zwłaszcza w zestawieniu z działaniami obecnej ekipy rządzącej oraz samego resortu. O ile niektóre rozdziały zostały przedstawione w sposób właściwy i adekwatny do współczesnych wyzwań, o tyle istotne zagadnienia jedynie zasygnalizowano, bez pogłębionej analizy czy wskazania konkretnych instrumentów polityki zagranicznej.

W dokumencie pojawia się sformułowanie o „budowaniu relacji z podobnie myślącymi partnerami”. Można jednak postawić pytanie, z kim konkretnie Polska miałaby takie relacje rozwijać, skoro widoczny jest wyraźny rozdźwięk między kluczowymi ośrodkami decyzyjnymi w kwestii wyboru partnerów oraz wizji ładu międzynarodowego. Wskazano również, że „Polska powinna działać mądrze” – z czym trudno się nie zgodzić.

Powracając jednak do głównego wątku tej analizy oraz komentarza dr. Woźniaka, należy postawić pytanie, czy Polska jest w stanie wyjść poza ograniczający determinizm strategiczny w wyborze partnerów. Warto również zastanowić się, czy potrafimy właściwie odczytywać lokalny układ sił oraz czy rzeczywiście go rozumiemy.

We wspomnianej strategii podkreślono też możliwość dalszego wykorzystania Trójkąta Weimarskiego jako kolejnego formatu potencjalnej współpracy z RFN. Warto jednak zadać pytanie, co realnie daje ten mechanizm. Być może należałoby przede wszystkim skupić się na partykularnych interesach gospodarczych, które odgrywają kluczową rolę jako determinant relacji bilateralnych. Niemcy pozostają naszym głównym partnerem handlowym – zarówno w imporcie, jak i eksporcie. Jest to bez wątpienia efekt bliskości geograficznej, funkcjonowania Jednolitego Rynku Europejskiego oraz procesów zachodzących po 1989 roku, takich jak absorpcja kapitału zagranicznego i powiązanie Polski z zachodnim modelem rozwoju. Tę współzależność należy uwzględniać w dyskusji o opcjach sojuszniczych, pamiętając jednocześnie, że RFN – podobnie jak poszczególne niemieckie podmioty gospodarcze – nie oferuje niczego bezwarunkowo. Mamy tu do czynienia z typową wymianą handlową oraz realizacją kontraktów przez wykonawców, podwykonawców czy spółki zależne.

Mówiąc o relacjach z Berlinem, należy mieć na uwadze również rozgrywkę na forum Unii Europejskiej, która stanowi kluczową płaszczyznę działania dyplomatycznego polskiego rządu. W przywołanej „Strategii polskiej polityki zagranicznej na lata 2026–2030” znalazł się rozdział poświęcony „Rozwojowi Polski w Unii Europejskiej”, zawierający fundamentalne założenie: „maksymalne wykorzystanie członkostwa w Unii do realizacji celów narodowych”. Taki cel wymaga efektywnego kształtowania relacji z Berlinem, a także dbałości o trzy wskazane w dokumencie wymiary integracji: „Unię geopolityczną”, „Unię wartości” oraz „Unię wzrostu”. Reasumując, warto zauważyć, że w „Strategii polskiej polityki zagranicznej na lata 2026–2030” – choć nie stanowi ona głównego przedmiotu niniejszego komentarza – znalazł się ambitny rozdział „Polska w wymiarze globalnym”. Kluczowe jest jednak to, aby przy racjonalnym i trafnym doborze sojuszników oraz form partnerstwa przełożyć te zapisy na realne działania, a nie jedynie deklaracje.

Należy również doprecyzować, jakie czynniki destabilizujące – zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne – oddziałują na Polskę. Analizując stan relacji w systemie międzynarodowym, pojawiają się bowiem głosy o erozji suwerenności państwa narodowego w ramach istniejących układów sojuszniczych. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy instrumentalnie wykorzystywać argument suwerenności w kontrze do Berlina czy Waszyngtonu. Powinien on raczej służyć jako narzędzie do rozwiązywania konkretnych problemów i wyzwań. Bez takiego podejścia podmiotowość Polski oraz realne wykorzystywanie jej potencjału pozostaną ograniczone. Na marginesie, odnosząc się do kwestii personalnych, warto podkreślić, że powstawanie tekstów takich jak artykuł Michała Woźniaka jest zjawiskiem pozytywnym. Niestety, wciąż funkcjonują one głównie w zamkniętym obiegu eksperckim, który w niewielkim stopniu wpływa na zachowania elit czy sposób postrzegania rzeczywistości przez szersze warstwy społeczeństwa. Tym bardziej cenne jest jednak uczestnictwo w tej debacie.

Michał Rulski – doktor nauk społecznych w zakresie nauk o polityce. Absolwent politologii oraz europeistyki Uniwersytetu Łódzkiego. Na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego obronił pracę doktorską pt. ,,Soft power Unii Europejskiej po Traktacie z Lizbony”. Zawodowo związany również z Akademią Humanistyczno-Ekonomiczną w Łodzi oraz Wyższą Szkołą Finansów i Informatyki im. prof. Janusza Chechlińskiego. Były dziennikarz i urzędnik państwowy.

.