W polskim dyskursie publicznym bardzo głośno komentowana jest ostatnia decyzja prezydenta USA Donalda Trumpa dotycząca wysłania do Polski dodatkowych 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy, co ma być motywowane jego dobrymi relacjami ze swoim polskim odpowiednikiem Karolem Nawrockim. Abstrahując od marketingowej otoczki tego komunikatu w mediach społecznościowych – trzeba się przyzwyczaić do tego, że przełomowe decyzje geostrategiczne coraz częściej są ogłaszane właśnie za pośrednictwem platform służących do szybkiej wymiany myśli, a nie podczas oficjalnych szczytów dyplomatycznych – warto przyjrzeć się negatywnemu, w dużej mierze emocjonalnemu trendowi obecnemu w Polsce, jakim jest jawny, choć pozornie wysublimowany antyamerykanizm.

Autor: dr Michał Rulski
Zjawisko to opiera się przede wszystkim na personalnym i psychologicznym postrzeganiu polityki międzynarodowej oraz interpretowaniu wydarzeń i trendów związanych z wewnętrznymi sporami głęboko podzielonych społecznie Stanów Zjednoczonych.
Wspomniany trend dotyczy coraz szerszego pola analityków oraz komentatorów, zarówno tych skupiających się w swojej działalności na multiplikacji zasięgów w mediach społecznościowych i wydawaniu kolejnych wydawnictw o znikomej jakości czy też doświadczonych akademików, doradców, piastujących też ważne stanowiska publiczne. Efektem ich wspólnej, ograniczonej interpretacji ostatnich wydarzeń jest przeświadczenie, że jako Rzeczpospolita Polska nie powinniśmy opierać swojego bezpieczeństwa na sojuszu z USA oraz w ogóle nie ufać w żadne zapewnienia obecnej administracji Białego Domu. Profesor Roman Kuźniar, były doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego w tekście ,,Prof. Roman Kuźniar: Jest jeden jedyny powód, dla którego Donald Trump z Beniaminem Netanjahu napadli na Iran” opublikowanym na portalu ,,Rzeczpospolitej” pisze wprost: ,,Odpowiedzią na dewastującą porządek międzynarodowy bezkarność Trumpa musi być także zjednoczona, a przy tym strategicznie samodzielna Europa. Czas przestać mówić o jej autonomii strategicznej, to już nie wystarcza. Konieczna jest strategiczna niezależność: aby stawić czoła strategicznej dezynwolturze USA […], co należy uznać za niezrozumienie obecnej sytuacji, w której to władza w Stanach Zjednoczonych stara się jeszcze utrzymać swoją dominującą pozycję w globalnej architekturze, której my jako Polacy jesteśmy jeszcze beneficjentami”. W tym samym czasie Katedra Bezpieczeństwa Międzynarodowego i Studiów Strategicznych Uniwersytetu Warszawskiego, w której pracuje pan profesor Kuźniar, jest organizatorem konferencji „Świat w cieniu psychotycznej administracji”. Wprawdzie opis wydarzenia można uznać za chwytliwy, głośny i medialny, lecz zdecydowanie gorzej jest z samym zamysłem tak postawionej tematyki, w tym usilnej psychologizacji działań naszego głównego partnera i dążeniem do tworzenia nierealnych alternatyw w rozgrywce geostrategicznej, które niekoniecznie muszą być adekwatne do interesów Polski.
Nie da się oczywiście uciec od zasadniczych pytań dotyczących przyszłości europejskiego systemu bezpieczeństwa oraz osadzenia w nim Polski. Paradoksalnie w amerykańskiej ,,National Security Strategy” jednym z priorytetów administracji Trumpa w polityce międzynarodowej ma być umożliwienie Europie realizowanie indywidualnych kroków oraz rozpoczęcie działania jako spójne środowisko sprzymierzonych, suwerennych państw. Wedle Waszyngtonu w ten sposób Europejczycy mogą wziąć na siebie odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo i obronę, bez zagrożenia dominacji przez jakiekolwiek obce mocarstwo. W europejskim dyskursie eksperckim od lat 80. XX wieku pojawia się idea powołania Europejskiej Rady Bezpieczeństwa (European Security Council), co mogłoby być dopełnieniem klarownych ram kooperacji w sferze obronnej. Tylko warto przypomnieć o pomysłach Europejskiej Wspólnoty Politycznej i Europejskiej Wspólnoty Obronnej, które to upadły przez decyzje państw będących motorem napędowym europejskiej integracji.
Pozostaje jednak otwarte pytanie o potencjalny proces europeizacji NATO. Nadal brakuje bowiem doprecyzowania ram takiego procesu, którego celem powinno być zarówno zwiększenie zaangażowania państw europejskich, jak i silniejsze związanie Stanów Zjednoczonych z Sojuszem poprzez pokazanie, że partnerska współpraca nadal ma sens i przynosi korzyści wszystkim zaangażowanym stronom.
Jednocześnie wszelkie zmiany w ukształtowanym już NATO wymagają czasu, podczas gdy bezpieczeństwo Rzeczypospolitej oraz innych sojuszniczych państw regionu jest zagrożone tu i teraz. Jak widać, wobec NATO nie istnieje dziś realna alternatywa, zwłaszcza biorąc pod uwagę uzależnienie Europy od amerykańskich zasobów potęgi – w tym przemysłu zbrojeniowego, zaplecza logistycznego i militarnego oraz technologicznego know-how.
W interesie Polski pozostaje więc racjonalne wykorzystanie czasu potrzebnego na dostosowanie Sojuszu do nowych realiów strategicznych.
Nie da się ukryć, że każdy analityk i komentator życia społecznego musi również brać pod uwagę emocje oraz nastroje obowiązujące w danych wspólnotach. W Europie wzrost nastrojów antyamerykańskich widać od lat, czego wyraźnym przejawem były masowe zrywy przeciwko wojnie w Iraku w 2003 roku. W poszczególnych stolicach europejskich przeciwko polityce zagranicznej ówczesnego prezydenta George’a W. Busha protestowało setki tysięcy osób: w Londynie ponad 750 tysięcy, w Madrycie 600 tysięcy, w Belinie 500 tysięcy a w Paryżu 100 tysięcy ludzi. To też było wyrazem osłabienia amerykańskiego soft power względem własnych sojuszników, co stale postępuje. Z kolei ówcześni szefowie europejskich rządów musieli się przed swoimi wyborcami tłumaczyć za popieranie działań administracji. Busha juniora.
O ile protesty antyamerykańskie – czy też antyimperialistyczne, jak to ogłaszają sami organizatorzy – są w Polsce wydarzeniami marginalnymi, to warto jednak zwrócić uwagę na ogólne odczucia Polaków odnośnie do sytuacji międzynarodowej. W ankiecie autorstwa Centrum Badania Opinii Społecznej pt. ,,Prezydentura Donalda Trumpa w oczach Polaków” widać, że 60 proc. badanych w styczniu 2026 roku negatywnie oceniło dotychczasową działalność 47. prezydenta USA. Tym niemniej, to decydenci powinni tłumaczyć opinii publicznej zalety pozostawania w konkretnym sojuszu, a także podejmować racjonalne decyzje w polityce zagranicznej nawet przeciwko zmiennym nastrojom publicznym, którymi w obecnych czasach można bardzo łatwo i dynamicznie manipulować. Poza tym zapominamy też, że powinniśmy skupić się na inwestycję w realne działania w sferę dyplomacji transatlantyckiej, tak aby wyeliminować wszelkie nieporozumienia oraz doprecyzować tożsame priorytety.
Reasumując, warto, aby Polska trzymała się słów wypowiedzianych 27 czerwca 1991 roku w Sejmie RP przez ówczesnego szefa polskiej dyplomacji prof. Krzysztofa Skubiszewskiego podczas oficjalnego expose ,,[…] uważamy, że polityczne i wojskowe zaangażowanie Stanów Zjednoczonych na kontynencie europejskim jest istotnym czynnikiem zachowania pokoju, bezpieczeństwa i tworzenia stałych form wzajemnego współdziałania na rzecz bezpieczeństwa i stabilizacji w Europie”. I nadal w 2026 roku żaden polski decydent nie powinien podważać tych słów.
Michał Rulski – doktor nauk społecznych w zakresie nauk o polityce. Absolwent politologii oraz europeistyki Uniwersytetu Łódzkiego. Na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego obronił pracę doktorską pt. ,,Soft power Unii Europejskiej po Traktacie z Lizbony”. Zawodowo związany również z Akademią Humanistyczno-Ekonomiczną w Łodzi oraz Wyższą Szkołą Finansów i Informatyki im. prof. Janusza Chechlińskiego. Były dziennikarz i urzędnik państwowy.


