O Donaldzie Trumpie powiedziano w ostatnim czasie dużo i ciężko być w tej kwestii oryginalnym. W zależności od poglądów analityków i badaczy można spotkać się albo z próbą wytłumaczenia aktywności prezydenta w ramach strategii USA i gry wielkich mocarstw albo wykazania, że prezydent Stanów Zjednoczonych zdradził swoich sojuszników. Myślę, jednak, że problem leży gdzie indziej.

Autor: dr Przemysław Piotr Damski
Racjonalność polityki
Wojna amerykańsko-izraelska przeciw Iranowi spowodowała, że wielu obserwatorów zaczęło zadawać sobie pytania o racjonalność procesu decyzyjnego w Białym Domu. Owa racjonalność wydaje się być tu kluczem do zrozumienia wielu analiz. Zachodnia kultura naznaczona jest antycznym myśleniem o ludzkiej aktywności, które w okresie Oświecenia urosło wręcz do rangi dogmatu. Homo animal rationale est, jak pisał Seneka. Na tym rozumieniu bazowała część późniejszych teorii, jak choćby ta zakładająca, że człowiek jest istotą ekonomiczną i jako taka wybierze produkt tańszy, gdyż to leży w jego interesie.
Psychologia i humanistyka miały jednak wątpliwości jak to z tą racjonalnością ludzką jest. Dziś badania na gruncie neuronauk potwierdzają, że racjonalność jest pojęciem co najmniej dyskusyjnym. Obwinianie kogoś, że „kieruje się emocjami” traci sens, gdyż emocje są integralną częścią procesu decyzyjnego. Ich brak nie jest normalny i może wręcz przyczyniać się do podejmowania decyzji błędnych. Po co jednak ten wstęp? Badania nad racjonalnością to jedno, ale nasze przywiązanie do niej to drugie. Zwłaszcza w sytuacjach zagrożenia poczucie, że to, co obserwujemy ma większy sens jest nam potrzebne, aby poczuć się bezpiecznie, dawać złudzenie kontroli. Kolejne działania Donalda Trumpa, tymczasem, zdają się nam odbierać to złudzenie, zmuszając do kolejnych intelektualnych wolt, których celem jest zrozumienie i wyjaśnienie z czym właściwie mamy do czynienia.
Argumenty za atakiem na Iran
Patrząc z zewnątrz amerykańsko-izraelski atak na Iran mógł mieć sens. Reżim w Teheranie rozbudowywał broń nuklearną. Zagrażał amerykańskim sojusznikom w regionie oraz współpracował z Rosją i Chinami. W dodatku Amerykanie wspierali w ten sposób ruchy irańskie zmierzające do obalenia systemu opartego o dyktaturę ajatollahów.
Brzmi sensownie? Rozkładając jednak na czynniki pierwsze każdy z tych argumentów możemy mieć wątpliwości. Po pierwsze naloty z zeszłego roku zniszczyły irańską infrastrukturę jądrową. Amerykanie ani Izrael nie przedstawili żadnych danych wywiadowczych, które potwierdzałyby, że jest inaczej. W dodatku były pracownik administracji Trumpa publicznie podważył, jakoby Iran stanowił jakiekolwiek zagrożenie dla USA, nie mówiąc już o jądrowym.
Po drugie, o ile prezydent Stanów Zjednoczonych rzeczywiście werbalnie wspierał irańskich demonstrantów i mogło być to jednym z argumentów za atakiem, to dlaczego czekano aż do marca, gdy protesty były już skutecznie tłumione, a nie wykorzystano największego ich natężenia na przełomie 2025 i 2026 r.? To nie był dobry moment na uderzenie, jeżeli chciało się wesprzeć opozycję.
Wyparcie wpływów chińsko-rosyjskich wydaje się być sensownym argumentem, lecz obecnie obserwujemy wzmacnianie się tych państw i kłopoty USA. Te są dwojakiego charakteru: polityczno-prestiżowe oraz gospodarcze. Te pierwsze to załamujący się wizerunek Stanów Zjednoczonych jako światowego mocarstwa i policjanta, stróża prawa i demokracji. Nigdy nie był to wizerunek bez skazy, lecz w obliczu napiętych relacji Waszyngtonu z europejskimi sojusznikami, jest to aż nazbyt widoczne. Większość z nich albo ostentacyjnie dystansuje się od interwencji amerykańsko-izraelskiej albo deklaruje niewielką pomoc. W dodatku USA pokazały swoją nieskuteczność w obronie bliskowschodnich sojuszników przed atakami irańskimi. Pomijam tu, że nie obserwujemy – i nic nie wskazywało na to, że zaobserwujemy – efektu flagi. Pomysł wojny z Iranem nie był popularny przed atakiem, nie jest popularny teraz, a zbliżające się wybory w USA zapowiadają się z każdym dniem gorzej dla prezydenta i Republikanów.
Nieciekawie wygląda też sytuacja gospodarcza. Wojna doprowadziła do wzrost cen ropy. Amerykańskie firmy wydobywające i handlujące tym surowcem oraz gazem rzeczywiście zarabiają. Jednak powoduje to wzrost cen na rynku amerykańskim. Administracja nie uzupełniła amerykańskich magazynów ropy, przez co jest jej mniej w USA, ceny paliwa rosną a to napędza inflację. Aby zapobiec rosnącym cenom Waszyngton zgodził się na dopuszczenie na rynek międzynarodowy ropy rosyjskiej, która od wielu miesięcy nie była w stanie jej sprzedawać. Zaliczała dużą nadprodukcję. Za cenę utraty wpływów w Iranie otrzymuje możliwość handlu ropą i tym samym zastrzyk gotówki dla swojej kulejącej gospodarki i możliwość przedłużania działań wojennych przeciw Ukrainie. Ropę zakupiły także Chiny zabezpieczając się na taką ewentualność.
Amerykanie nie sprecyzowali początkowo żadnych konkretnych celów ataku. Wpierw mówili, że nie chodzi o zmianę reżimu, następnie zmienili zdanie. Natomiast likwidując do spółki z Izraelem wierchuszkę reżimu ajatollahów zabili przy okazji tzw. liberałów, którzy byliby skłonni do ustępstw.
Krótkowzroczność
Wyłania się z tego obraz niekompetencji oraz braku przygotowania. Dziennikarze mówią, że król jest nagi. Tylko czy kiedykolwiek nie był? Decyzja o ataku na Iran nie sprawia wrażenia racjonalnej z perspektywy amerykańskiej. Jest racjonalna z perspektywy Izraela, który eliminuje z regionu wpływy Iranu, osłabia rękami Teheranu państwa arabskie oraz pacyfikuje Liban. Problem nie leży jednak tylko w tej decyzji amerykańskiej administracji. Racjonalizowano jej politykę wobec Danii i Grenlandii. Aneksja tej drugiej miała być niezbędna dla obrony USA. Nie jest, bo wszystko jest zagwarantowane traktatami jeszcze z okresu zimnej wojny. Racjonalizowano politykę celną jako ochronę rynku USA. Tymczasem jest ona spektakularną klęską, co widać po bilansie handlowym czy znikomych – w stosunku do poniesionych nakładów – korzyści w zakresie spadku bezrobocia oraz inflacji (teraz zapewne zaprzepaszczonych). W dodatku wobec sojuszników prowadzono politykę skrajnie unilateralistyczną, podważano ich wiarygodność i lojalność, kwestionowano ich suwerenność i nakładano na nich takie same cała jak na państwa uznawane za wrogie.
Jednocześnie wielu komentatorów nie może wyjść ze zdziwienia. Część z nich zdaje się pozostawać pod wpływem opinii byłego doradcy ds. bezpieczeństwa Trumpa – gen. H.R. McMastera, który wskazywał w swoich wywiadach na cele amerykańskie oraz jego zadanie dostarczania prezydentowi opcji dzięki czemu miał podjąć najlepszą decyzję. Złe decyzje, zatem to źli doradcy i analitycy. Firmowany nazwiskiem Trumpa i Muska DODGE, choć nie przyczynił się do zasadniczych oszczędności, to doprowadził do zwolnień w kluczowych departamentach. Ostatnio informowano o braku ekspertów od rynku paliwowego. Spekulowano – nie możemy zatem przyjmować tego z dużą pewnością – że w obliczu fali zwolnień m.in. w Departamencie Stanu część urzędników i analityków zaczęła dostarczać raporty, których treści zbieżnej z przewidywanymi oczekiwaniami prezydenta. Niezależnie od tego czy prawdą jest całość czy tylko część z tych doniesień kreuje to fatalny obraz państwa, które rości sobie prawo do największego mocarstwa świata.
Niekompetencja
Z twierdzeń McMastera możemy wyczytać, że podczas pierwszej kadencji prezydent był sterowalny, tj. nie miał swojego jasno sprecyzowanego zdania, lecz ulegał wpływom innych. Opinia ta pojawia się wyrażana wprost w wywiadach przeprowadzanych z innymi byłymi współpracownikami Trumpa – Reksem Tillersonem, Fioną Hill, Markiem Esperem, Jamesem Mattisem czy Johnem Boltonem. Jednak nawet sprzyjający mu Mike Pompeo przyznawał, że musiał błagać prezydenta, aby nie wycofywał się z NATO. O tym, że nic nie zmieniło się w kwestii chwiejności prezydenta świadczy nie tylko jego zachowanie, które przysporzyło mu łatki TACO. To ledwie publicystyczny i memiczny obraz. Jednak potwierdziła to także w wywiadzie dla Vanity Fair szefowa personelu Białego Domu.
Zmierzam do tego, że w z dostępnych nam źródeł z trudem możemy wykazać, że proces decyzyjny Donalda Trumpa podczas pierwszej i obecnej kadencji odzwierciedlał to, co zdajemy się przypisywać racjonalności. Decyzje i działania mają charakter chaotyczny i przypominają inicjatywy różnych członków gabinetu, w zależności od tego, kto akurat ma dostęp do prezydenta, który tymczasem nie ma zbyt wielu kompetencji intelektualnych do kierowania państwem, choćby tak podstawowej jak świadomość własnych ograniczeń. Mamy zatem dobrze przygotowaną, błyskawiczną akcję w Wenezueli wpisującą się w zimnowojenne misje amerykańskie. Mamy zupełnie niepotrzebną awanturę o Grenlandię czy grożenie Kanadzie. I źle przygotowaną agresję na Iran, nad którą Amerykanie zdaja się nie panować. Byli i obecni pracownicy administracji mówią, że zaangażowanie USA wiąże się z agresywnymi planami Izraela, a nie Iranu. Prezydent Stanów Zjednoczonych zaś z rozbrajającą szczerością przyznaje, że nic nie wiedział o tym, że Izrael planuje niszczyć infrastrukturę gazową Iranu.
Teatr absurdu
Oczywiście można lansować tezę, że to jest jedynie dyplomatyczny teatr, szachy 5D i nic nie rozumiemy z głęboko ukrytej logiki USA. Jeżeli jest to teatr to przypomina skecz Monty Pythona i to jeden z tych słabszych. Na pewno jednak łatwiej bardziej komfortowa jest wiara, że ktoś nad tym wszystkim panuje niż przyznanie rzeczy prostszej. Parafrazując Williama Shakespeare’a, można zatem przyznać, że polityka zagraniczna obecnej administracji amerykańskiej to „opowieść idioty, pełna wrzasku i wściekłości”. Jednym z najpotężniejszych państw świata kieruje narcyz o wątpliwych zdolnościach intelektualnych i całkowitym braku kompetencji niezbędnych do rządzenia państwem. Dopuszczam, że się mylę, lecz obecnie nie znajduję argumentu wystarczająco dobrego, który tłumaczyłby obserwowany przez nas chaos.
Przemysław Piotr Damski – adiunkt w Katedrze Teorii i Historii Stosunków Międzynarodowych na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego


