Kiedy mówimy o potędze państwa często odnosimy się do takich kryteriów jak siła militarna i gospodarcza. Jest nie tylko zrozumiałe – gdyż łatwo możemy je zaobserwować – ale i zasadne, bo łatwo możemy je łatwo zmierzyć i policzyć. Pomimo to żadne państwo nie staje się mocarstwem lub imperium, dlatego że osiągnęło odpowiedni stopień zmilitaryzowania lub przez sam fakt posiadania broni atomowej. Gdyby tak było, to za mocarstwo musielibyśmy uznawać Koreę Północną.

Autor: dr Przemysław Piotr Damski
Czym jest prestiż?
Czy możemy zatem oprzeć się na kryteriach gospodarczych? Pięć pierwszych państw na liście z najwyższym PKB per capita to Liechtenstein, Luksemburg, Bermudy, Szwajcaria i Islandia. Czy myślimy o nich jako mocarstwach? Oczywiście, gdy weźmiemy pod uwagę PKB, to znajdziemy na szczycie listy USA czy Chiny, ale zaraz na czwartym miejscu będzie też Japonia. Nie zamierzam lekceważyć tego państwa, jednak obecnie trudno mu przypisywać rolę mocarstwa.
Państwa są mocarstwami i imperiami, gdyż za takie są uznawane przez inne państwa i społeczeństwa. Same mogą się tak postrzegać, lecz nie mogą nimi być w próżni. Wyobraźmy sobie dwa państwa wyizolowane od świata, które nie wiedzą o swoim istnieniu. Mieszkańcy jednego nie chodzą głodni, mają wszystko na co ich stać, a armia broni ich przed możliwym zagrożeniem, którego nigdy nie zaznali. Mieszkańcy drugiego przymierają głodem, infrastruktura się sypie, a państwo ogarnia anarchia. Choć możemy policzyć, że jedno jest bogatsze i silniejsze, to nie możemy go nazwać mocarstwem. Ono samo też nie ma podstaw by tak o sobie myśleć, bo nie ma możliwości porównania się z otoczeniem. Nikt też o nim nie wie. Dopiero w kontakcie z innymi może uzyskać prestiż i stać się mocarstwem.
Począwszy od 2022 roku obserwujemy nabierające na sile zjawisko spadku prestiżu niektórych aktorów międzynarodowych oraz wzrost znaczenia innych. Co ciekawe państwa, których autorytet rośnie robią relatywnie niewiele, za to te, które tracą swój prestiż pozostają bardzo aktywne.
Rosja i utrata prestiżu budowanego na sile
Zacznijmy od Rosji. Jest to państwo o znacznie większym potencjale ludnościowym niż Ukraina, posiadające więcej surowców naturalnych, lepiej rozwinięte sieci handlowe, w dodatku jeden z najistotniejszych eksporterów ropy i gazu, o wyższym przed 2022 rokiem PKB, większej armii, bardziej zaawansowany technologicznie oraz o większym udziale w nauce światowej. Tak zwana specjalna operacja wojskowa toczy się już jednak piąty rok i choć obie strony ponoszą straty, działania zbrojne (nie licząc nalotów na terytoria rosyjskie) toczy się na terenie Ukrainy, obie gospodarki cierpią i tracą obywateli to Rosja traci międzynarodowy prestiż. Obserwujemy to zarówno w postaci wymykania się kolejnych państw postsowieckich z jej strefy wpływu, izolacji międzynarodowej czy coraz mniejszej (choć wciąż obecnej) pompy z jaką Władimir Putin jest przyjmowany w Chinach.
W przypadku Rosji nie mają szczególnego znaczenia takie pomiary jak pozytywne postrzeganie jej na arenie międzynarodowej. Mocarstwowość Rosji nie opierała się bowiem na soft power, którego russkij mir był raczej protezą. Kluczowa dla jej pozycji międzynarodowej była projekcja siły polegająca na przeświadczeniu społeczności międzynarodowej, ze Rosja jest groźna, brutalna, skuteczna i może użyć broni atomowej. Wojna w Ukrainie unaoczniła bardzo szybko, że o ile brutalność cechuje jej działania, to niekoniecznie są one skuteczne, a użycie broni atomowej niekoniecznie jest możliwe. Jej użycie mogłoby zostać odczytane nie jako udowodnienie swojej siły, lecz jako desperacja. Pozostało jej jedynie osiągnięcie sukcesu w sposób konwencjonalny, choć każdy kolejny dzień jest uszczerbkiem na prestiżu.
Wielopłaszczyznowy prestiż USA
Nieco inaczej prezentuje się sytuacja Stanów Zjednoczonych. Mocarstwowość zapewnia szereg nakładających się i uzupełniających czynników. Są one ludnym państwem, a w zależności od tego jak mierzyć najpotężniejszą lub drugą gospodarką świata. Posiadają najsilniejszą armię, rozbudowaną sieć baz i sojuszy międzynarodowych oraz, podobnie jak Rosja, arsenał nuklearny. Przez dekady przywiązywały także znaczenie do soft power, dzięki czemu kultura amerykańska stała się dominująca w świecie, a język angielski stał się współczesną lingua franca. Międzynarodową pozycję USA zapewniało także zwycięstwo w Zimnej Wojnie oraz ograniczone interwencje międzynarodowe. Odwrotnie niż w przypadku Rosji, która toczyła była zainteresowana w użyciu siły w swoim sąsiedztwie dla zapewnienia sobie wpływów, prestiż USA brał się nie tyle z samych interwencji co z przeświadczenia, że takowa może nastąpić. Inne państwa musiały to brać pod uwagę.
Nie oznacza to, że w przeszłości Amerykanie nie podejmowali takowych akcji częściej. Ich liczba jednak spadła wraz zakończeniem Zimnej Wojny. W dodatku Stany Zjednoczone, nawet postępując niezgodnie z prawem międzynarodowym, budowały narrację, że postępują słusznie, etycznie. Takie działania pozwalały zyskać sobie poparcie przynajmniej części sojuszników. W dodatku odpowiedź USA na zamachy z 11 września była adekwatna, o czym świadczyło międzynarodowe poparcie sojuszników, którzy wsparli je w ataku na Afganistan, choć w różnym zakresie. Użyte środki uznała za zasadne także Rosja.
Oparcie amerykańskiego prestiżu w dużej mierze o miękką siłę, ideologię demokratyczną, oraz współpracę z sojusznikami czyni go bardziej podatnym na uszczerbek. Krytyczny stosunek do USA wśród nie-sojuszników ma, podobnie jak w przypadku Rosji, mniejsze znaczenie. Lęk może bowiem oznaczać uznawanie tego państwa za znaczące. To ignorowanie go byłoby wskaźnikiem, że coś jest nie tak. Tym samym USA muszą szczególną uwagę poświęcać podtrzymywaniu swojego prestiżu wśród sojuszników. Muszą oni uważać Amerykanów za wiarygodnego partnera, państwo, które ich obroni i na które mogą liczyć.
Korodowanie prestiżu USA
W ostatnich latach obserwowaliśmy jednak duże wahania sojuszników w ich zaufaniu do USA. Po jedności w sprawie Afganistanu doszło do tarć w kwestii Iraku. Natomiast różnice te nie wykraczały poza różnice zdań, choć poważne, między sojusznikami. Prezydentura Obamy pozwoliła unormować wzajemne relacje, choć różnice nie zniknęły. Do zaostrzenia relacji doszło ponownie za pierwszej kadencji Donalda Trumpa. Na słuszne pretensje USA nałożyła się wówczas osobista niechęć prezydenta do państw europejskich, częściowo hamowana przez jego współpracowników. Co warte jednak podkreślenia, konflikty te dotyczyły przede wszystkim relacji transatlantyckich i amerykańsko-kanadyjskich. Bliskowschodni sojusznicy USA mogli wręcz odbierać aktywność prezydenta jako wzmacnianie amerykańskiego prestiżu. Odmienna kultura i system rządów mogły zatem prowadzić do innej interpretacji mocarstwowości USA. Gdy ustanawiały one amerykańską ambasadę w Jerozolimie było to postrzegane jako siła, a gdy wyzywał przywódców europejskich jako kpina.
Europejczycy odetchnęli z ulgą po wyborze Bidena na prezydenta, jednak nie oznaczało to odbudowania prestiżu Stanów Zjednoczonych. Można wręcz mówić, że przez Rosję zostało to odebrano jako spadek możliwości USA i dopiero zdecydowana postawa Waszyngtonu i naciskanie na sojuszników w kwestii poparcia dla Ukrainy doprowadziły do jego odzyskania.
Obecna administracja dużo mówi o tym, że Stany Zjednoczone są najpotężniejszym i najbardziej znaczącym państwem na świecie. Miały nigdy nie być tak bogate i skuteczne. Ma tutaj swoje argumenty, jak narzucenie ceł w polityce handlowej, zmuszenie sojuszników do zwiększenia nakładów na zbrojenia, udana agresja na Wenezuelę czy dwukrotne porażenie militarne Iranu. Na papierze rzeczywiście wygląda to nieźle. Jednocześnie jednak trudno przekonać otoczenie do tego, że mamy do czynienia z sukcesem. Polityka celna nie tylko nie przynosi spodziewanych sukcesów gospodarczych, ale nie jest za takową postrzegana wewnątrz i na zewnątrz. W dodatku zraziła do USA Europę, która przyspieszyła proces gospodarczego i cyfrowego uniezależniania się od Ameryki. Dotyczy to także kwestii militarnych.
Próby porozumienia się Amerykanów z Rosją ponad głowami Europejczyków i Ukraińców, groźby wycofania wojsk doprowadziły do kolejnych strat prestiżowych. Tym razem nie dotyczy to tylko Europy, gdyż USA okazały się nie tylko niezdolne do obrony swoich bliskowschodnich sojuszników przed Iranem, ale same stworzyły sytuację zagrażającą ich bezpieczeństwu. Flota reżimu ajatollahów została w znaczącej mierze zniszczona, a państwo zrujnowane nalotami, ale jednocześnie Teheran kontroluje Cieśninę Ormuz i wpływa na światowe ceny paliw, czego przed amerykańsko-izraelską agresją nie mógł robić. Amerykanie tymczasem są tu bezradni, nie osiągnęli praktycznie żadnego zaprezentowanych przez siebie celów.
Zarówno Rosja jak i USA wciąż posiadają pewne atuty. Zwłaszcza Stany Zjednoczone dysponują wieloma narzędziami, które wciąż mogą doprowadzić do odzyskania prestiżu. W przeszłości już zdarzały im się koncertowe wpadki, po których potrafiły się podźwignąć (Zatoka Świń, Wietnam). Nie stanie się tak jednak dlatego że Donald Trump będzie powtarzał jak mantrę, że Stany Zjednoczone są wielkie i potężne. Inne państwa muszą w to uwierzyć.
Polska a spadający prestiż mocarstw
Równoległe osłabianie prestiżu USA i Rosji jest dla Polski niebezpieczne. Ponieważ Moskwa buduje swoją międzynarodową pozycję praktycznie wyłącznie przy użyciu siły, może chcieć wykorzystać osłabienie Waszyngtonu do agresji na jego sojuszników. Ten zaś będzie na tyle niewydolny politycznie i zmęczony dotychczasowymi aktywnościami, że nie będzie w stanie ich wspomóc przeciw napaści. Jest to o tyle prawdopodobne, że podejrzewanie USA o słabość było jednym z czynników, który przekonał Rosję do agresji na Ukrainę. Nieskuteczność Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie przyćmiewa sukces w Wenezueli i może skłaniać Rosję do działań desperackich. W interesie NATO i Polski nie jest dalszy spadek prestiżu amerykańskiego.
Tymczasem Chiny nie robią wiele, by manifestować swoją siłę militarną. Ukazują się jako państwo stabilne i wiarygodne. Solidny partner. Ich prestiż międzynarodowy rośnie, bo niegdysiejsze mocarstwa wykonują za nich całą pracę w przestrzeni publicznej.
Przemysław Piotr Damski – adiunkt w Katedrze Teorii i Historii Stosunków Międzynarodowych na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego


