W rocznicę Krwawej Niedzieli, tj. kulminacji ludobójczej antypolskiej akcji OUN-UPA na Wołyniu w 1943 roku, publikujemy poruszające świadectwo pani Antoniny Tokarz, z którą Tomasz Grzywaczewski rozmawiał w 2019 roku podczas pracy nad książką Wymazana granica (Wydawnictwo Czarne). To osobista opowieść o jednym z najtragiczniejszych rozdziałów polskiej historii – oraz relacji polsko-ukraińskich – zachowana jako ważne świadectwo pamięci.

Autor: Tomasz Grzywaczewski
– Wcześniej byliśmy Polakami, a staliśmy się Lachami, którym życzy się śmierci. Jednak najpierw zniknęli Żydzi. Ten bogaty, który u nas w wiosce prowadził duży sklep, i ten biedny, który jeździł, zbierając po domach szmaty i butelki. Zniknął też młynarz i nie było już gdzie zboża mielić. Gestapo wspólnie z ukraińską policją pędziło ich do okolicznych lasów, tam kazali kopać doły i rozstrzeliwali. Wielu było takich Ukraińców, co oburzali się na tych ich policjantów albo nawet ukrywali Żydów, którym udało się uciec. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że my będziemy następni.
Pewnego wieczoru na początku marca 1943 toku usłyszeli strzały od strony domu ich wujostwa. Tata Antoniny poszedł tam rano, a jak wrócił, przenikała go zgroza która wcisnęła mu się pod skórę, zmieniła rysy twarzy. I wtedy Antonina też zaczęła się bać. Tata wszystko opowiedział mamie. O tym, jak zobaczył razem z sąsiadami swoją siostrę Anielę leżącą w łóżku z roztrzaskaną głowę. I krew ściekającą na podłogę. Na strychu natrafili na jej męża pokłutego bagnetami. Jakby wciągnął za sobą drabinę, to może by przeżył. Usłyszeli jęki i pod plewami znaleźli całą poranioną ich córkę Marysię. Strasznie płakała, kiedy ją znosili na dół, opłukiwali z tej słomy, nakrywali pierzyną i wieźli do szpitala. Tam lekarz powiedział, że ma przestrzelone prawe ramię, biodro i udo. Dał jej zastrzyk przeciwbólowy, bo innych leków nie miał. Marysia trochę jeszcze pocierpiała, zanim umarła. Wtedy tata Antoniny razem z ukraińskim sąsiadem zbili z desek dużą trumnę i całą rodzinę w tej jednej trumnie pochowali na cmentarzu w Radziwiłłowie.
– Potem pojechali do ich domu i zaczęliśmy się modlić. W tej chacie razem z nami śmierć siedziała. Siedziała, patrzyła na nas, zębami zgrzytała. A najstraszniejsze było, że nie wiedzieliśmy, dlaczego tutaj przyszła. Oni byli prostymi ludźmi, takimi jak my. Nikomu nie wadzili, od nikogo nic nie chcieli. – Staruszka upija łyk wody z podanej przez córkę szklanki.

Antonina przymyka oczy, ale po chwili unosi się na łokciach i zaczyna opowiadać, że tej samej nocy na horyzoncie pojawiła się łuna. Trzy dni później kolejna. Rano przybiegł sąsiad ożeniony z Ukrainką. Jej rodzina ostrzegła ich, że grasują bandy wyrzynające Lachów i muszą uciekać, bo dla kobiety, jeśli nie wyrzeknie się męża, też nie będą mieli litości. Tego dnia cała rodzina Antoniny zaczęła się ukrywać. Kiedy zmierzchało, uciekali w różne miejsca. Próbowali stać się niewidoczni, niesłyszalni. Mama Antoniny chowała się u sąsiadki, tata w szopie, a ona z rodzeństwem w stodołach Ukraińców. Jedni o nich wiedzieli, inni nie. Zaczęła bać się psów. One zawsze wyczują obcego człowieka.
– Chciałam, żeby ta słoma mnie pochłonęła. Żebym się w niej rozpuściła, bo słomy nikt nie morduje. Dopiero po chwili przyszło mi do głowy, że słomę się pali i mnie też tak mogą spalić. Codziennie docierały do nas wieści, od których włosy jeżyły się na głowie. Tych dom spalono, tamtą rodzinę wymordowano. Mężczyzn, kobiety, dzieci, noworodki. Jak w upiornej loterii. Nigdy nie było wiadomo, na kogo padnie. Dzisiaj porąbiemy ciebie albo twojego sąsiada. Dowiesz się, że twój czas już nadszedł, dopiero jak przyjdziemy z siekierą. Na takiej ciuciubabce z kostuchą minął marzec i nadeszła wiosna.
Wykończyły nas te nocne wędrówki. W dzień zasypialiśmy na stojąco. Tata zgodził się, żebyśmy zostali w chacie, ale mieliśmy spać w ubraniach i butach. Wtedy mój brat Michał nagle powiedział: „Mamo, przecież to bez znaczenia, czy zostaniemy u siebie, czy pójdziemy w las, bo oni i tak nas zabiją”. Kiedy to mówił, to miał tak szeroko otwarte oczy. I najgorsze, że nie było w nich lęku, tylko całkowita rezygnacja, pogodzenia z losem. Mama zaczęła szlochać i pytać, dlaczego on tak myśli. A on zupełnie spokojnie odpowiedział: „Bo jesteśmy Polakami”.
W końcu jednej nocy banda przyszła również do ich domu. W ostatnim momencie zdążyli się ukryć na polu uprawnym. Rano przerażony sąsiad zapakował dobytek na wóz, rozpuścił zwierzęta i uciekł do Radziwiłłowa. Ojciec Antoniny wierzył jednak, że im uda się przetrwać.
– Pamiętam, jakby to było wczoraj, a może to było wczoraj. – W głosie Antoniny czuć, że traci siły, ale chce doprowadzić do końca swoją opowieść. – 31 maja 1943 roku. Ciepłe i słoneczne popołudnie. Lato już na Wołyń zaglądało. Nagle na obrzeżach wioski, nad kolonią, wykwitły czarne chmury. Wzbijały się wysoko w niebo, jakby chciały zakryć słońce. W powietrzu zadudniło od wystrzałów. Pomyśleliśmy, że kogoś mordują, ale nie mieliśmy odwagi pójść i zobaczyć. Tylko coraz szybciej wrzucaliśmy rzeczy do worków i na furmankę. Krowy oddaliśmy sąsiadom Ukraińcom, jedną tylko sobie zatrzymaliśmy. O zmierzchu przyszedł z kolonii zaprzyjaźniony Ukrainiec. Nie mógł uwierzyć, co się wydarzyło. W kółko tylko powtarzał: „Uciekajcie, uciekajcie, bo banderowcy już w biały dzień mordują. Wszystkich was ukatrupią, a my wam nie pomożemy, bo i nas zariezają”.
Drogi zostały odcięte przez grasujące bandy. Okoliczne wsie płonęły. Nie zdążyliśmy wyjechać, tylko szybko ukryliśmy się na poddaszu w stodole. Siedzieliśmy tam cicho jak myszy pod miotłą. Jakby kto nas usłyszał, to jeszcze podłożyliby ogień i żywcem spalili. Miesiąc o wodzie i sucharach. Tata po nocy na palcach schodził do studni. Co jakiś czas przez ściany docierały do naszego prowizorycznego schronienia różne dźwięki. Szlochy, jęki, krzyki, strzały. Docierały zapachy. Palącego się drewna, deszczu zmieszanego z popiołem, przesiąkniętego wodą pogorzeliska. Tam nie było okien, tylko szpary między deskami. I przez te szpary można było zajrzeć do piekła. W końcu skończyło się nam jedzenie. Mieliśmy do wyboru albo umrzeć z głodu, albo wyjść i zaryzykować zadźganie, utopienie, zastrzelenie. Ja byłam już tak wycieńczona, że nie mogłam się podnieść z poduszki. To był ostatni moment.
O brzasku zaczęliśmy się żegnać z domem. Mama, siostry Bronia i Ruzia, brat Michał, wszyscy płakaliśmy. Tylko ojciec nie płakał. Twardo patrzył na pole, las, chałupę, stodołę, stajnię. Patrzył, milczał, usta zaciskał. Żegnał się z ojcowizną i sobą samym.
Antonina kończy czytać. Zapada w półsen.
Wnuk wyciąga z kieszeni schowaną w przezroczystym plastikowym puzderku małą złotą monetę. Na rewersie widnieje dwugłowy orzeł, na awersie portret cara Mikołaja II Imperatora i Samodzierżawcy Wszechrusi. Mężczyzna otwiera wieczko i delikatnie podaje babci pieniążek. Ojciec Antoniny sprzedał konie, żeby kupić cztery takie pięciorublówki. Każdemu z dzieci dał po jednej, kazał zaszyć w kołnierzyku i pilnować jak oka w głowie. Jeśli spotkaliby banderowców, to mieli się za nią wykupić od śmierci.
– Tyle było warto życie babci, mojej mamy, moje, moich dzieci. Pięć rubli od cara Mikołaja. – Mężczyzna gładzi staruszkę po dłoniach, w których skryta jest moneta. – Najbardziej boli, że przez tyle lat nie wolno nam było głośno mówić o tym, co ją spotkało. Za komuny kazano milczeć, a w już wolnej Polsce to był przez lata temat tabu. Szeptem po domach o tym rozmawiano. Chowano przeszłość w przekazywanej z pokolenia na pokolenia monecie. To niesprawiedliwie. Każdy zasługuje na to, żeby móc wykrzyczeć swoje krzywdy i by inni o nich usłyszeli.
Staruszka ponownie otwiera powieki, głaszcze monetę i obracając ją w palcach, mówi:
– Chcieliśmy, żeby tych przeklętych Ukraińców trafił szlag. A przed wojną nikomu by do głowy nie przyszło tak życzyć sąsiadowi, zięciowi, szwagrowie, koleżance z klasy albo podwórka. Nas przecież też uratowali Ukraińcy. Jakby sąsiad nie przybiegł, nie ostrzegł, to nie zdążylibyśmy się ukryć w tej stodole. Zaryzykował, bo jakby trafił na tych bandytów, to za pomoc Polakom też by mu gardło poderżnęli. Tam wtedy wszystko wypełzało z ludzi na wierzch. Jak ktoś był dobry, to stawał się szlachetny, a jak zły, to okrutny. A złość, nienawiść, wyrządzoną krzywdę dłużej się pamięta. Nikt nas nigdy nie przeprosił.
Antonina Tokarz zmarła kilka miesięcy po naszej rozmowie, zimą 2020 roku.


