Postrzeganie Wołynia a kryzys polskiego soft power

Wołodymyr Zełenski i Karol Nawrocki / fot. https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Karol_Nawrocki_i_Wolodymyr_Zelenski,_Warszawa,_2025.jpg

Każda polska reakcja na upamiętnianie organizacji odpowiedzialnej za zbrodnie, które w polskiej historiografii i debacie publicznej są określane jako ludobójstwo dokonane na ludności cywilnej we wschodnich województwach II Rzeczypospolitej (według części szacunków 50-60 tys. ofiar), powinna być postrzegana jako polityczna i moralna konieczność. Waga tej kwestii wykracza bowiem poza perspektywę polskiej pamięci historycznej, obejmując również aspekty prawa międzynarodowego, ustalenia historiografii oraz dorobek nauk społecznych. Trudno wprawdzie odwoływać się w praktyce do postanowień Konwencji o niestosowaniu przedawnienia wobec zbrodni wojennych i zbrodni przeciw ludzkości z 26 listopada 1968 r., ponieważ sprawcy tych czynów w większości nie żyją lub pozostają anonimowi. Niemniej jednak za politycznie trudne do zaakceptowania należy uznać wszelkie formy państwowego upamiętniania osób odpowiedzialnych za takie zbrodnie przez państwo aspirujące do członkostwa w strukturach europejskich, których fundamentem aksjologicznym są poszanowanie praw człowieka oraz przestrzeganie prawa międzynarodowego. Choć niektórzy argumentują, że rozpamiętywanie przeszłości nie przywróci życia ofiarom, warto odwołać się do metodologii badania ludobójstwa przedstawionej przez Gregory’ego H. Stantona, która pozwala lepiej zrozumieć znaczenie pamięci o tego rodzaju zbrodniach. W swoich dziesięciu etapach realizacji tej zbrodni, amerykański badacz zwraca również uwagę na ostatni element, jakim jest zaprzeczenie.  Sprawcy przeważnie blokują możliwości badania prawdy, tak długo jak inni im na to pozwalają. Zbrodnia ludobójstwa jest na tyle straszna i specyficzna w złym tego słowa znaczeniu, że ofiary, a także ich jakakolwiek obecność w przestrzeni publicznej, są całkowicie wyeliminowane.