Kontrowersje wokół pamięci o Wołyniu pokazują, że polsko-ukraińskie spory historyczne pozostają nierozwiązane mimo bezprecedensowego zbliżenia obu państw po 2022 roku. Rodzi to pytanie nie tylko o skuteczność dialogu historycznego, lecz także o kondycję polskiego soft power i zdolność Warszawy do kształtowania postaw jednego ze swoich najważniejszych regionalnych partnerów. Komentuje dr Michał Rulski.

Autor: dr Michał Rulski
W polskiej debacie publicznej ponownie głównym trendem w relacjach polsko-ukraińskich, które wydają się być obecnie kluczowe dla przyszłości Europy Środkowo-Wschodniej i Europy Wschodniej, są „sporty w polityce historycznej”, czego znamiennym dowodem ma być nadanie imienia Bohaterów UPA Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych przez ukraińskiego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Z kolei prezydent RP Karol Nawrocki zapowiedział odebranie Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego, przyznanego mu wcześniej przez prezydenta Andrzeja Dudę, który poparł Nawrockiego w wyborach prezydenckich w 2025 r. i wywodził się z tego samego środowiska politycznego. Należy jednak skupić się na tym, czy musiało dojść do takich nieporozumień, które mogą w znaczący sposób wpłynąć na całokształt relacji, w tym w innych sferach, kluczowych dla przyszłości obydwu państw. Zastanawiające jest, czy Rzeczpospolita wykorzystała wszelkie możliwe sposoby oraz narzędzia w polityce zewnętrznej, aby druga strona wiedziała, że tak nie powinna robić?
Każda polska reakcja na upamiętnianie organizacji odpowiedzialnej za zbrodnie, które w polskiej historiografii i debacie publicznej są określane jako ludobójstwo dokonane na ludności cywilnej we wschodnich województwach II Rzeczypospolitej (według części szacunków 50-60 tys. ofiar), powinna być postrzegana jako polityczna i moralna konieczność. Waga tej kwestii wykracza bowiem poza perspektywę polskiej pamięci historycznej, obejmując również aspekty prawa międzynarodowego, ustalenia historiografii oraz dorobek nauk społecznych. Trudno wprawdzie odwoływać się w praktyce do postanowień Konwencji o niestosowaniu przedawnienia wobec zbrodni wojennych i zbrodni przeciw ludzkości z 26 listopada 1968 r., ponieważ sprawcy tych czynów w większości nie żyją lub pozostają anonimowi. Niemniej jednak za politycznie trudne do zaakceptowania należy uznać wszelkie formy państwowego upamiętniania osób odpowiedzialnych za takie zbrodnie przez państwo aspirujące do członkostwa w strukturach europejskich, których fundamentem aksjologicznym są poszanowanie praw człowieka oraz przestrzeganie prawa międzynarodowego. Choć niektórzy argumentują, że rozpamiętywanie przeszłości nie przywróci życia ofiarom, warto odwołać się do metodologii badania ludobójstwa przedstawionej przez Gregory’ego H. Stantona, która pozwala lepiej zrozumieć znaczenie pamięci o tego rodzaju zbrodniach. W swoich dziesięciu etapach realizacji tej zbrodni, amerykański badacz zwraca również uwagę na ostatni element, jakim jest zaprzeczenie. Sprawcy przeważnie blokują możliwości badania prawdy, tak długo jak inni im na to pozwalają. Zbrodnia ludobójstwa jest na tyle straszna i specyficzna w złym tego słowa znaczeniu, że ofiary, a także ich jakakolwiek obecność w przestrzeni publicznej, są całkowicie wyeliminowane.
Z perspektywy polskiej racji stanu, jeśli Warszawa chce być postrzegana jako poważny uczestnik stosunków międzynarodowych, nie może ograniczać się wyłącznie do aktywnego udziału w bieżącej rozgrywce geostrategicznej. Oznacza to zarówno działania na rzecz własnego bezpieczeństwa oraz zakończenia wojny za wschodnią granicą w sposób zgodny z interesami Polski, jak i konsekwentne wykorzystywanie narzędzi dyplomacji publicznej, dyplomacji historycznej oraz soft power. Są to bowiem nieodzowne elementy profesjonalnie prowadzonej polityki zagranicznej. Warto również zauważyć, że samo niezrozumienie przez stronę ukraińską potencjalnej reakcji polskiej opinii publicznej na działania w sferze polityki historycznej, takie jak opisane we wstępie, może świadczyć o ograniczonej skuteczności polskiego oddziaływania na elity polityczne i opiniotwórcze naszego wschodniego sąsiada. Innymi słowy, problem ten nie dotyczy wyłącznie różnic w interpretacji historii, lecz także efektywności polskiej komunikacji strategicznej i jej zdolności do kształtowania percepcji za granic
Odwołując się do koncepcji soft power autorstwa Josepha Nye’a, istotą skutecznego oddziaływania w stosunkach międzynarodowych jest skłonienie innych podmiotów do podejmowania pożądanych przez nas działań bez użycia przymusu, gróźb czy materialnych zachęt. Tego rodzaju wpływ opiera się przede wszystkim na atrakcyjności własnych wartości, kultury oraz prowadzonej dyplomacji. W tym kontekście zapowiedź odebrania Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego przez prezydenta Karola Nawrockiego można interpretować raczej jako instrument presji politycznej niż przejaw oddziaływania charakterystycznego dla soft power. Zasadne wydaje się pytanie, czy Polska nie zmarnowała okresu od 1991 r., a więc od momentu odzyskania przez Ukrainę niepodległości, na wypracowanie skutecznych narzędzi dyplomacji publicznej. Chodzi tu zarówno o systematyczną komunikację z kluczowymi ośrodkami decyzyjnymi, rozwijanie komunikacji strategicznej, jak i budowanie długofalowych relacji międzyludzkich poprzez programy stypendialne, granty badawcze czy wymianę akademicką. W przypadku naszej dyplomacji (oraz jej wydźwięku), to wielokrotnie polscy decydenci wypowiadali się na temat strategicznych relacji z Ukrainą, choć w sumie tego pojęcia nie dookreślono, chyba że mówimy tutaj o deklaracji o partnerstwie strategicznym na poziomie parlamentarnym z lutego 2026 r. Analizując polską dyplomację wobec Ukrainy przez pryzmat soft power, warto przypomnieć szereg inicjatyw wielostronnych, do których Kijów był zapraszany lub w których odgrywał rolę jednego z głównych punktów odniesienia. Należy tu wymienić przede wszystkim koncepcję Wymiaru Wschodniego Unii Europejskiej, promowaną przez ministra spraw zagranicznych Włodzimierza Cimoszewicza, inicjatywę GUAM, wspieraną przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego i związaną m.in. z kwestiami bezpieczeństwa energetycznego, a także Partnerstwo Wschodnie UE, którego współtwórcą był minister Radosław Sikorski. Do tego katalogu można dodać również zapraszanie Ukrainy do udziału w szczytach Inicjatywy Trójmorza w charakterze państwa stowarzyszonego. Nie sposób tutaj syntetycznie wymienić też zaangażowania polskich decydentów w istotne politycznie momenty na Ukrainie, poczynając od pomarańczowej rewolucji.
Natomiast nawet w najbardziej oddolnym, międzyludzkim wymiarze strona polska nie ma pomysłu na wykorzystanie faktu, że na naszych uczelniach studiuje ponad 38 tys. ukraińskich studentów, którzy mogą stanowić przyszłe elity państwa stojącego przed wyzwaniem odbudowy oraz wyznaczania kierunków rozwoju po zakończeniu wojny. Nie wspominając już o incydentach z Przemyśla czy Lublina, gdzie niektórzy studenci z Ukrainy eksponowali banderowskie flagi oraz okazywali brak poszanowania wobec państwa, w którym mogli zdobywać wykształcenie.
Głównym problemem w próbie wywierania jakiekolwiek wpływu na Ukrainę jest to, że Polakom wydaje się, że wszystko wiemy na temat Europy Wschodniej, lecz nie idą za tym działania czy też odpowiednie narzędzia, w tym nawet media, wydawnictwa czy think tanki. Ambasada RP czy Instytut Polski w Kijowie to jednak za mało, aby myśleć o zmianie nastawienia większego geograficznie i ludnościowo sąsiada. Jak mamy zwracać ich uwagę oraz kształtować sposób postrzegania danych zagadnień, w tym w polityce historycznej? Teraz za to skupiamy się na próbowaniu wyjaśnienia danych kroków politycznych w związku z zachowaniem prezydenta obcego państwa.
Ironizując i reasumując, można stwierdzić, że pisanie czy mówienie czegokolwiek o polskiej polityce wobec Ukrainy grozi ryzykiem popełnienia plagiatu lub powielania trywialnych stwierdzeń dotyczących relacji z naszym wschodnim sąsiadem, który pozostaje jednak ważnym elementem współczesnej układanki geopolitycznej i geoekonomicznej. Niezależnie jednak od tego, którą płaszczyznę stosunków międzynarodowych weźmiemy pod uwagę, powinniśmy porzucić postrzeganie Ukrainy jako młodszego partnera lub podmiotu nieprzygotowanego do prowadzenia pogłębionej debaty na poważne tematy. Jest ona bowiem pełnoprawnym uczestnikiem współczesnej rozgrywki geostrategicznej.
Michał Rulski – doktor nauk społecznych w zakresie nauk o polityce. Absolwent politologii oraz europeistyki Uniwersytetu Łódzkiego. Na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego obronił pracę doktorską pt. ,,Soft power Unii Europejskiej po Traktacie z Lizbony”. Zawodowo związany również z Akademią Humanistyczno-Ekonomiczną w Łodzi oraz Wyższą Szkołą Finansów i Informatyki im. prof. Janusza Chechlińskiego. Były dziennikarz i urzędnik państwowy.


