Białoruś pozostaje jednym z najbardziej złożonych węzłów europejskiego bezpieczeństwa. Formalnie jest sojusznikiem Federacji Rosyjskiej, a w praktyce stanowi przestrzeń wojskowo-polityczną, którą Moskwa stara się wykorzystywać w swojej strategii nacisku na Ukrainę, NATO i Unię Europejską. Wydarzenia z czerwca 2026 roku pokazały jednak, że relacje między Mińskiem a Moskwą nie są tak jednoznaczne, jak często wydaje się to z zewnątrz. Za fasadą sojuszniczej retoryki coraz wyraźniej widoczne jest dążenie Alaksandra Łukaszenki do zachowania kontroli nad białoruską armią, niedopuszczenia do jej pełnego podporządkowania Kremlowi oraz uniknięcia bezpośredniego wciągnięcia Białorusi do wojny przeciwko Ukrainie.

Autor: prof. Wasyl Ostapiak
Dla europejskiego odbiorcy najważniejsze jest zrozumienie jednej kwestii: Białoruś nie stała się w pełni niezależnym podmiotem bezpieczeństwa, ale nie jest również całkowicie bezwolnym wojskowym dodatkiem do Rosji. To właśnie w tej szarej strefie – między zależnością, strachem, politycznym targiem i próbami manewrowania – kształtuje się nowe zagrożenie dla Europy.
Według dostępnych informacji w czerwcu 2026 roku białoruskie kierownictwo wojskowe ograniczyło możliwości bezpośredniego dowodzenia lub nadzorowania większości białoruskich jednostek przez rosyjskich oficerów. Wyjątek miał dotyczyć jedynie wybranych formacji desantowo-szturmowych, w tym brygad w Witebsku i Brześciu. Jeśli informacje te się potwierdzą, będą świadczyć nie o rozłamie między Mińskiem a Moskwą, lecz o próbie wyznaczenia przez białoruski reżim granicy, za którą rosyjska kontrola nad armią staje się zagrożeniem nie tylko dla Ukrainy czy NATO, ale także dla samego Łukaszenki.
Na tym polega zasadnicza sprzeczność białoruskiej polityki. Łukaszenka przez lata budował swoją władzę na balansowaniu między zależnością od Rosji a demonstracją suwerenności. Po 2020 roku, po masowych protestach i międzynarodowej izolacji, przestrzeń do takiego balansowania gwałtownie się skurczyła. Rosja stała się dla niego głównym gwarantem politycznego przetrwania, jednak każdy gwarant w logice autorytarnej może szybko przekształcić się w kontrolera. Tego właśnie Mińsk wydaje się unikać.
Wymowne są doniesienia, że 5 czerwca br. rosyjscy doradcy ministra obrony i szefa białoruskiego Sztabu Generalnego nie zostali dopuszczeni do narady w białoruskim sztabie. Jeszcze bardziej znaczące było odwołanie wspólnych ćwiczeń mobilizacyjnych i przerzutu wojsk do rejonów działań bojowych, planowanych na 28–30 czerwca. W praktyce wojskowej tego rodzaju decyzje rzadko są przypadkowe. Mogą świadczyć o spadku poziomu operacyjnego zaufania oraz o chęci Mińska, by nie przekazywać Moskwie pełnej kontroli nad decyzjami, które mogłyby mieć nieodwracalne konsekwencje.
Ograniczanie rosyjskich wpływów w niektórych elementach białoruskiej armii nie oznacza jednak zwrotu Białorusi ku Zachodowi. Mińsk nadal utrzymuje infrastrukturę, która potencjalnie może zostać wykorzystana przez Rosję przeciwko Ukrainie lub państwom Unii Europejskiej. Szczególne zaniepokojenie budzą informacje o przygotowywaniu stanowisk do startu dronów uderzeniowych typu Shahed w pobliżu Witebska, Słonimia oraz na terenie dawnego obozu w Berezie Kartuskiej. Jeśli infrastruktura ta zostanie wykorzystana, zagrożenie wzrośnie nie tylko dla Ukrainy, ale również dla wschodniej flanki NATO.
Dla Polski, Litwy, Łotwy i całej Europy Północno-Wschodniej czynnik białoruski pozostaje kluczowy. Położenie geograficzne Białorusi sprawia, że jej terytorium może być wykorzystywane jako przyczółek do wywierania presji militarnej, prowadzenia operacji hybrydowych, szantażu migracyjnego, ataków informacyjnych czy prowokacji w pobliżu granic Unii Europejskiej. Dlatego nawet częściowe oznaki napięć między Mińskiem a Moskwą nie powinny tworzyć iluzji bezpieczeństwa. Białoruś nadal pozostaje elementem rosyjskiego systemu wojskowego w Europie.
Na szczególną uwagę zasługują wypowiedzi Alaksandra Łukaszenki udzielone w wywiadzie dla telewizji Al Arabiya 15 czerwca br. Podkreślił on niedopuszczalność przeniesienia wojny na terytorium Białorusi, stwierdził, że bezpośredni udział kraju w wojnie przyniósłby więcej szkody niż pożytku, oraz przyznał, że państwo pozostaje podatne na ewentualne działania odwetowe. Wspomnienie o około 500 potencjalnych celach na terytorium Białorusi było w istocie publicznym przyznaniem, że reżim w Mińsku rozumie cenę bezpośredniego wejścia do wojny.
Nie wynika to z humanitaryzmu ani nagłego politycznego przebudzenia. Jest to chłodna kalkulacja polityczna. Łukaszenka doskonale rozumie, że białoruskie społeczeństwo nie ma motywacji do walki przeciwko Ukrainie, białoruska armia nie jest przygotowana do prowadzenia wojny na dużą skalę i ponoszenia wysokich strat, gospodarka kraju nie wytrzymałaby bezpośredniej eskalacji militarnej, a sam reżim mógłby stanąć w obliczu nowej fali wewnętrznej niestabilności. Dlatego odmowa bezpośredniego udziału w wojnie stanowi dla niego formę politycznego samoochrony.
Jednocześnie Łukaszenka nie może pozwolić sobie na otwarty konflikt z Władimirem Putinem. Dlatego jego retoryka opiera się na podwójnej formule: Białoruś rzekomo nie planuje działań ofensywnych, ale jest gotowa wspólnie z Rosją „bronić się” w przypadku agresji. To klasyczna autorytarna konstrukcja politycznego manewru. Pozwala ona Mińskowi demonstrować lojalność wobec Moskwy, a jednocześnie wysyłać Zachodowi sygnały o niechęci do eskalacji.
Osobnym wymiarem tej sytuacji są kontakty Mińska ze Stanami Zjednoczonymi. Na tle napięć związanych z wojskową integracją z Rosją Łukaszenka próbuje poszerzać przestrzeń dla manewru dyplomatycznego. Wizyty i kontakty z udziałem specjalnego wysłannika prezydenta Donalda Trumpa, Johna Cole’a, są wykorzystywane przez Mińsk jako okazja do zabiegania o częściowe zniesienie sankcji wobec białoruskich przedsiębiorstw i przedstawicieli władz. Dla Łukaszenki nie oznacza to zwrotu ku Zachodowi, lecz próbę zmniejszenia zależności gospodarczej od Moskwy i uzyskania dodatkowego instrumentu negocjacyjnego.
Europejscy i amerykańscy politycy powinni ostrożnie interpretować te sygnały. Taktyczny dialog z Mińskiem nie oznacza demokratyzacji Białorusi. Zwolnienie części więźniów politycznych czy złagodzenie retoryki wobec Ukrainy mogą być ważnymi krokami humanitarnymi, ale nie zmieniają natury systemu. Łukaszenka nie reformuje państwa – stara się je zachować w obecnym kształcie. Nie opuszcza rosyjskiej orbity – szuka sposobu, by nie zostać przez nią całkowicie pochłoniętym.
Dlatego polityka europejska wobec Białorusi powinna być jednocześnie realistyczna i elastyczna. Realistyczna, ponieważ Mińsk pozostaje współuczestnikiem rosyjskiej strategii agresywnej, udostępniając Moskwie terytorium, infrastrukturę i wsparcie polityczne. Elastyczna, ponieważ wewnątrz sojuszu białorusko-rosyjskiego istnieją sprzeczności, które mogą mieć praktyczne znaczenie dla bezpieczeństwa Ukrainy i Europy. Zadaniem Zachodu nie jest bezwarunkowa legitymizacja Łukaszenki, lecz wykorzystywanie tych sprzeczności do ograniczania ryzyka militarnego.
Dla Ukrainy kierunek białoruski pozostaje potencjalnie niebezpieczny. Nawet jeśli białoruska armia nie bierze bezpośredniego udziału w wojnie, terytorium Białorusi może być wykorzystywane do działań rozpoznawczych, logistyki, startów bezzałogowców, operacji informacyjnych czy wywierania presji psychologicznej. Dla NATO oznacza to konieczność utrzymywania stałej gotowości, szczególnie w Polsce i państwach bałtyckich. Dla Unii Europejskiej – potrzebę łączenia presji sankcyjnej ze wsparciem dla białoruskiego społeczeństwa obywatelskiego i niezależnych sił demokratycznych.
Wydarzenia czerwca 2026 roku pokazały, że Białoruś znajduje się nie tylko między Rosją a Zachodem. Znajduje się również między wojną a strachem przed wojną, między zależnością a chęcią zachowania resztek suwerennej kontroli, między autorytarną lojalnością wobec Kremla a pragmatycznym instynktem samozachowawczym. Na tym polega główny paradoks reżimu Łukaszenki: pomógł on Rosji przekształcić Białoruś w zagrożenie dla Europy, ale sam obawia się, że to zagrożenie pewnego dnia pochłonie również jego własną władzę.
Europa nie powinna postrzegać Białorusi wyłącznie jako cienia Rosji. Nie może jednak również traktować Łukaszenki jako samodzielnego budowniczego pokoju. Dzisiejszy reżim białoruski jest niebezpiecznym, zależnym, ale jednocześnie nerwowym i pragmatycznym aktorem. To właśnie takie połączenie czyni go nieprzewidywalnym.
Dla europejskiego bezpieczeństwa wniosek jest oczywisty: wszelkie oznaki osłabienia rosyjskich wpływów w białoruskich siłach zbrojnych należy uważnie obserwować, ale nie przeceniać ich znaczenia. Wschodnia flanka NATO musi pozostawać przygotowana na różne scenariusze. Ukraina powinna zachować czujność na kierunku północnym. Zachód zaś musi nauczyć się odróżniać rzeczywiste dystansowanie się Mińska od Moskwy od kolejnego autorytarnego manewru Łukaszenki.
Białoruś jest dziś nie tylko kwestią polityki wewnętrznej tego państwa. To również problem przyszłej architektury bezpieczeństwa europejskiego. Od tego, jak uważnie Europa odczyta sygnały płynące z Mińska, zależeć będzie nie tylko stabilność granic Polski czy Litwy, lecz także szersza zdolność Europy do przeciwstawiania się rosyjskiej strategii presji, szantażu i wojny. Dlatego kierunek białoruski powinien pozostawać w centrum uwagi europejskich rządów, ośrodków analitycznych i mediów. Tam, gdzie dziś dostrzegamy jedynie manewr dyplomatyczny, jutro może pojawić się nowa linia napięcia militarnego. A tam, gdzie autorytarny przywódca mówi o pokoju, często przede wszystkim mówi o własnym przetrwaniu.
Wasyl Ostapiak – dr hab., profesor w Katedrze Zarządzania i Administracji Publicznej Państwowego Uniwersytetu Technicznego Nafty i Gazu w Iwano-Frankiwsku (Iwano-Frankiwsk, Ukraina)


