W styczniu 1991 roku na ulicach Wilna ważyły się losy litewskiej państwowości. Sowieckie wojska ruszyły przeciwko nieuzbrojonym cywilom, którzy własnymi ciałami bronili wolności i prawa do niepodległości. Było to ostatnie w XX wieku otwarte starcie narodu litewskiego z rosyjską machiną imperialną. Choć wojska sowieckie opuściły Litwę w 1993 roku, sprawiedliwość przyszła znacznie później – rozliczenie sprawców zbrodniczych rozkazów zajęło niemal trzy dekady i zakończyło się dopiero wyrokiem Sądu Najwyższego w 2022 roku. W 35. rocznicę dramatycznych wydarzeń pod wileńską wieżą telewizyjną z 13 stycznia 1991 roku dr Barbara Jundo-Kaliszewska i dr Tomasz Lachowski rozmawiają z liderem Sajūdisu i pierwszym przywódcą niepodległej Litwy – Vytautasem Landsbergisem.

Od 11 marca 1990 roku – czyli od dnia ogłoszenia Aktu Przywrócenia Państwa Litewskiego – można było spodziewać się, że Moskwa jest gotowa na wszystko względem nowych władz litewskich. Czy i jak się przygotowywaliście na ewentualny scenariusz siłowy tworzony na Kremlu, który ostatecznie zmaterializował się w styczniu 1991 roku?
Moskwa z natury jest gotowa na wszystko. Choć po ogłoszeniu niepodległości Litwa stała się państwem suwerennym, nie oznaczało to realnego bezpieczeństwa. Pamiętajmy, że w garnizonie tzw. Miasteczku Północnym (Šiaurės miestelis) w Wilnie wciąż stacjonowały wojska sowieckie. Była to kluczowa baza militarna, szczególnie istotna w kontekście wydarzeń ze stycznia 1991 roku. 7 stycznia najwyższy dowódca wojsk sowieckich w regionie bałtyckim, gen. Fiodor Kuzmin poinformował mnie o planach rozpoczęcia przymusowego poboru do wojska na terytorium republiki. Przypomnę, że po ogłoszeniu Aktu 11 Marca, Litwa uchyliła sowieckie przypisy pozwalające rekrutować nowych żołnierzy z republik związkowych. 10 stycznia prezydent ZSRS Michaił Gorbaczow wystosował ultimatum, domagając się od Rady Najwyższej w Wilnie przywrócenia obowiązywania sowieckiej konstytucji na Litwie. To zwiastowało najgorsze, czyli użycie siły zbrojnej.
Nasze służby wywiadowcze powiadomiły nas (czyli najwyższe kierownictwo polityczne niepodległej Litwy), że zaobserwowały ruch wojsk sowieckich. W tamtym momencie kluczowe pytanie brzmiało, czy Sowieci zdecydują się na bezpośredni atak na parlament, w którym przebywaliśmy. Wystosowaliśmy apel do wszystkich deputowanych, jasno komunikując, że choć nie dysponujemy siłą zbrojną, pozostaniemy w gmachu parlamentu. To właśnie tam zamierzaliśmy oczekiwać na wroga i bronić najważniejszego miejsca dla litewskiej niepodległości oraz demokracji.
Jakie były pierwsze decyzje litewskich przywódców, gdy do parlamentu dotarła informacja, że pod wileńską wieżą telewizyjną pojawiły się sowieckie czołgi i że w wyniku działań zbrojnych najprawdopodobniej są już pierwsze śmiertelne ofiary?
Przede wszystkim ogłosiliśmy, że Związek Sowiecki rozpoczął otwartą wojnę przeciwko niepodległej Republice Litewskiej. Znamienne, że Moskwa zinterpretowała to w sposób całkowicie odmienny. Utrzymywano, jakoby to Litwa ogłosiła stan wojny i w istocie zaatakowała przebywające na jej terytorium wojska sowieckie. Ta kremlowska polityka dezinformacyjna bardzo przypominała dzisiejszą narrację dotyczącą rosyjskiej napaści na Ukrainę. Zresztą, doskonale wiemy, że wojna to nie tylko element militarny – zawiera też w sobie propagandę, kłamstwo i dezinformację o zasięgu międzynarodowym. Dla nas było ważne, że w Wilnie przebywali dziennikarze zachodni, którzy transmitowali wydarzenia z Litwy na cały świat. Pamiętam nawet ekipę Japończyków…
Czy próbował się pan kontaktować wówczas z liderami ówczesnego świata?
Wystosowałem apel do prezydenta USA George’a Busha seniora, a także do innych zachodnich liderów, wzywając ich do tego, by nie pozostali obojętni i podjęli odpowiednie działania dyplomatyczne. Było to bez wątpienia działanie istotne, gdyż obawa przed reakcją Zachodu sprawiła, że Michaił Gorbaczow zawahał się i nie wydał kluczowego, a zarazem ostatecznego rozkazu ataku na parlament. Warto podkreślić, że pierwszy i zarazem ostatni prezydent Związku Sowieckiego oszukał jednak George’a Busha. Mimo składanych obietnic i zapewnień, kontynuował działania zbrojne. Tym samym złamał obietnicę daną prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Wkrótce po wydarzeniach styczniowych, 11 lutego 1991 roku Islandia jako pierwsze państwo, uznało de iure niepodległość Litwy, potem była Norwegia, a następnie inne państwa. Ponadto, Moskwa nie mogła być pewna, czy NATO nie wtrąci się w wydarzenia na Litwie.
Czy Kreml czekał na jakiś ruch z pana strony w noc z 12 na 13 stycznia?
Przez całą noc z 12 na 13 stycznia 1991 roku mój centralny telefon do Moskwy nie był odłączony z ich strony. Co to oznaczało? Zapewne liczono, że ukorzę się i zadzwonię, by prosić o przebaczenie. Kolejnego dnia zadzwoniłem i poprosiłem o kontakt z Gorbaczowem, jednak mówiono mi, że jest nieobecny – „śpi” czy robi cokolwiek innego, „ważniejszego”. W rzeczywistości czekał na kapitulację Litwy. Gorbaczow pozwolił zabijać dalej, nie wstrzymując akcji zbrojnej. „Idziemy do końca”, zdawał się mówić, a tym końcem miał być parlament. Choć jak już mówiliśmy do wydania tego „ostatniego rozkazu” nie doszło.
Co było największą siłą Litwy w mroźne i straszne dni stycznia 1991 roku?
Głównym naszym atutem była niezłomna postawa zwykłych obywateli. Nie byli uzbrojeni, ale ich największą bronią była wewnętrzna wola i niesamowita odwaga, dzięki której przeciwstawili się wojskowej potędze sowieckich bandytów. Pięknie powiedział jeden ukraiński lingwista, który był obecny wówczas wśród osób zgromadzonych pod parlamentem: „Na początku myślałem, że jestem w tłumie. Ale szybko zrozumiałem, że jestem pośród narodu, a ten naród już nie ustąpi”.
To wszystko było sporą niespodzianką dla Sowietów. Zresztą, mogło też dodać im brutalności, gdyż ostatecznie zaczęli strzelać do ludzi. Najpierw głównie w celu odstraszenia tłumów zgromadzonych pod wieżą telewizyjną. Niestety później zaczęto uciekać się do zabójstwa… Wykorzystano czołgi do masakrowania ludzi. Ponadto, warto dodać, że w Wilnie były obecne również oddziały OMON oraz grupa „Alfa” – tj. oddziały specjalnego przeznaczenia nie tylko do rozwiązywania problemów wewnętrznych, ale również działań poza granicami ZSRS. Państwo sowieckie było tak naprawdę organizacją terrorystyczną, które za pomocą terroru chciało zarządzać „poddanymi” – i to nie tylko swoimi własnymi. Ostatecznie zginęło 14 osób, a ponad 500 zostało rannych.
Bardzo ważnym wydarzeniem narodowotwórczym stały się pogrzeby ofiar 13 stycznia, które odbyły się trzy dni później na Cmentarzu Antokolskim. Wcześniej ciała poległych były wystawione publicznie w Pałacu Sportu w Wilnie…
Do dziś mam w sobie zadrę, ponieważ moja ochrona zabroniła mi pójścia na cmentarz. Z drugiej strony, być może właśnie dlatego mogę być dzisiaj tutaj i rozmawiać z wami. Mówiono mi wtedy, że naprzeciwko parlamentu z budynku, w którym są „niepewne mieszkania”, mogą paść strzały w moim kierunku. Zresztą, do parlamentu strzelano z cerkwi, która jest za rzeką, więc to nie tylko czysta abstrakcja. Na pogrzeb na Antokol pojechali moi zastępcy. Byłem za to na uroczystościach pożegnania, kiedy wystawiono otwarte trumny…
Kilka miesięcy później rozpoczęły się postępowania karne w sprawie masakry pod wieżą telewizyjną, które formalnoprawnie zakończyły się tak naprawdę dopiero 30 czerwca 2022 roku, kiedy Sąd Najwyższy Litwy wydał wyrok kasacyjny podtrzymujący skazanie 67 osób za zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości. Większość została skazanych w trybie zaocznym, a wśród nich najwyższą rangą był marszałek Dmitrij Jazow, minister obrony ZSRR w latach 1987-1991. Na ławie oskarżonych – choćby tej symbolicznej zaocznej – zabrakło jednak najważniejszego nazwiska.
Litwa próbowała, ale nie dość stanowczo wystawić międzynarodowy nakaz aresztowania za Gorbaczowem. Obawiano się, że Zachód tego nie zrozumie. Warto pamiętać, że ostatni sowiecki gensek był lubiany w świecie zachodnim. Gorbaczow kłamał aż do śmierci. Do końca życia nie przyznał się do tego, że jest odpowiedzialny za styczniową masakrę 1991 roku. Zawsze powtarzał: „nie kazałem strzelać”. Ale jednocześnie nakazał usunięcie niepodległej władzy litewskiej, a jak to można było zrobić bez użycia siły i zbrodni?
Dlaczego niepodległość Litwy uznała w 1990 roku jedynie Mołdawia i jak wyglądały relacje z innymi republikami Związku Sowieckiego?
W Mołdawii istniały silne tendencje niepodległościowe, dlatego poparcie dla Litwy przyszło tam najszybciej. Pozostałe republiki nie oskarżały nas o separatyzm, jak czynił Kreml – raczej z uwagą obserwowały, czym zakończy się litewska droga do wolności. Utrzymywaliśmy jednak kontakty: podpisaliśmy układ z Białorusią jeszcze przed rozpadem ZSRS. Naszym śladem szybko poszła Gruzja, odwołując się – podobnie jak Litwa – do nielegalnej okupacji z 1920 roku. Równie szybko nawiązaliśmy relacje z Armenią. Gdy w Moskwie dyskutowano o nowym układzie Związku Sowieckiego, jasno stwierdziliśmy, że Litwy ten projekt już nie dotyczy.
Jak wyglądały kontakty Litwy z Polską w czasie wydarzeń styczniowych?
Do Polski wysłaliśmy wówczas ministra spraw zagranicznych Algirdasa Saudargasa, który przez Białoruś i Ukrainę dotarł na miejsce. Nie byliśmy wcale pewni, czy jego misja się uda, ale kiedy 14 stycznia o godzinie pierwszej w nocy dojechał do Warszawy – zadzwonił do nas. Pracował w Polsce do końca stycznia, chcąc przygotować grunt pod stworzenie instytucji państwa litewskiego poza granicami kraju na wypadek, gdyby Moskwie udało się nas zdławić.
Z kolei w litewskim parlamencie w kluczową noc stycznia przebywali m.in. Bronisław Geremek, Adam Michnik oraz Jacek Kuroń. To były ważne gesty solidarności między bliskimi narodami.
Warto dodać, że parlamentu w Wilnie bronili także litewscy Polacy, a Jan Sienkiewicz w imieniu Związku Polaków na Litwie wydał odezwę do Polaków służących w sowieckiej armii, aby nie wykonywali rozkazów sowieckich przełożonych.
Tak, to było bardzo ważne, o czym pamiętamy. Różnie układały się nasze wewnątrzlitewskie stosunki z polską społecznością Litwy. Warto wspomnieć o całkowicie przez nas nieakceptowalnych i inspirowanych przez Moskwę działaniach tzw. autonomistów domagających się autonomii Wileńszczyzny w 1990 roku. Według mnie aktywność rzeczonych autonomistów to była sowiecka prowokacja, która miała zmusić Litwę do odpowiedzi siłowej. Na szczęście do tego nie doszło. Wówczas Moskwa miałaby casus belli, aby ochronić „uciskaną mniejszość”, czyli odwołać się do scenariusza powtarzanego później w Mołdawii, Gruzji, a po 2014 roku również na terytorium Ukrainy.
Młodsze pokolenie litewskich Polaków czuje się już w pełni obywatelami niepodległej Litwy, uczestniczą w życiu publicznym, są ministrami litewskich rządów. To dobry prognostyk, choć wciąż są tacy, którzy czekają „na coś” – czyli na Moskwę.
Ale taka postawa chyba nie jest charakterystyczna tylko dla litewskich Polaków?
Nie, oczywiście to zjawisko szersze i dlatego niebezpieczne.
Na koniec, jaka jest pana refleksja w 35. rocznicę wydarzeń ze stycznia 1991 roku, zwłaszcza w szerszym kontekście procesów międzynarodowych?
„Ruki precz od Litwy!” – skandowali w styczniu 1991 roku Rosjanie, którzy wyszli w obronie Litwy na ulice Moskwy. Dziś taka sytuacja jest nie do pomyślenia!
Po naszym zwycięstwie nad Sowietami liczyliśmy wtedy na przyszły świat bez wojen, ale nie wszyscy podzielali to stanowisko. Imperium zła nie chciało świata bez wojen i nie chce go do dziś. Dlatego też, w Europie musimy być zjednoczeni, a w szczególności w naszym regionie. Powinniśmy cenić nie wygodę, a godność. Będą nas przekonywać do tego, że nie ma sensu przeciwstawiać się Rosji i trzeba się poddać. Ale raz już pokonaliśmy sowieckiego kolosa i dlatego wiemy, że to nie jest zadanie niemożliwe do powtórzenia.
Rozmawiali dr Barbara Jundo-Kaliszewska i dr Tomasz Lachowski.
Materiał ukazał się również na portalu Newsweek Polska.


