14 grudnia 1995 roku podpisano układ kończący wojnę w Bośni. Ocena umowy nie jest łatwa – z jednej strony umożliwia ona istnienie niepodległej Bośni i Hercegowiny, z drugiej zaś paraliżuje jej instytucje.

Wojna w Bośni uznawana jest za najpoważniejszy konflikt zbrojny w Europie po II wojnie światowej. Słyszalne są jednak głosy oddające ten mało zaszczytny tytuł inwazji Federacji Rosyjskiej na Ukrainę. Choć obie konfrontacje charakteryzuje inna specyfika, warto zwrócić uwagę na zawarty w 1995 roku układ pokojowy. Projektanci zakończenia wojny za naszą wschodnią granicą powinni potraktować go nie jako wzór, a przestrogę.
Mieszkańców Bośni i Hercegowiny – państwa, które podpisanemu trzydzieści lat temu porozumieniu zawdzięcza utrzymanie niepodległości – różnią opinie na temat przyczyn wybuchu wojny z lat 90. XX wieku, łączy jednak niezadowolenie, a wręcz otwarta krytyka ustalonego w Dayton porządku polityczno-społecznego. Wielu wciąż trudno utożsamić się z Bośnią i Hercegowiną, częściowo ze względu na silne związki z państwami ościennymi, zwłaszcza Chorwacją i Serbią.
Paradoksalnie jest to konsekwencja wypracowanej w 1995 roku umowy pokojowej. Uznano w niej bowiem, że sposobem rozwiązania nawarstwionych sporów jest zamienienie BiH w twór zdecentralizowany, którego części cechuje daleko posunięta niezależność. Skomplikowana struktura administracyjna i wiążące się z nią biurokracja, nieczytelność prawa i słabość instytucji centralnych, nakładają się na tlące się konflikty pamięci i kiepską sytuację gospodarczą.
Nie dziwi więc, że wielu Bośniaków (mieszkańców BiH bez względu na przynależność etniczną czy religijną) negatywnie ocenia swoją ojczyznę. Powszechne niezadowolenie jest paliwem napędzającym rywalizujące ze sobą obozy polityczne. Wydaje się jednak, że ich celem nie jest stawianie czoła rzeczywistym problemom, a utrzymywanie status quo – podziałów społecznych i niewielkiego zaangażowania społeczeństwa w życie polityczne.
Ustalenia z Dayton wciąż stanowią podstawę dyskusji o funkcjonowaniu Bośni i Hercegowiny. Żaden z aktorów bośniacko-hercegowińskiej sceny politycznej nie jest z nich zadowolony. Jedną z przyczyn jest wykorzystywanie Dayton do destabilizowania państwa. Choć wchodząca w skład Bośni i Hercegowiny Republika Serbska wykonała kilka gestów naprawiających wcześniejsze prowokacje i łamanie praw BiH, nie niosą one realnej poprawy relacji wewnętrznych.
Władze Republiki otwarcie grożą secesją, gloryfikują zbrodniarzy wojennych, negują dokonane na Boszniakach (Muzułmanach) ludobójstwo, a także bratają się z Federacją Rosyjską, Stanami Zjednoczonymi i Węgrami. Taki dobór wartości i sojuszników przeczy deklarowanemu przez Bośnię i Hercegowinę dążeniu do zbliżenia, a w dalszej perspektywie przystąpienia do NATO i Unii Europejskiej. To nie koniec ciągnących się od lat 90. zeszłego stulecia problemów.
Bośnia i Hercegowina nie prowadzi zwartej i konsekwentnej polityki. Dotyczy to zarówno kwestii wewnętrznych, jak i polityki zagranicznej. Wciąż nie podjęto wyzwania finansowania siedmiu „instytucji kultury o znaczeniu dla Bośni i Hercegowiny”, w tym Biblioteki Narodowej i Muzeum Narodowego. Co więcej, do grona zagrożonych dołączył publiczny nadawca radiowo-telewizyjny BHRT. Obchodzące w tym roku osiemdziesięciolecie istnienia przedsiębiorstwo boryka się z długami.
Radiotelewizja Bośni i Hercegowiny sama czeka na uregulowanie należności przez swoją serbskojęzyczną odnogę – RTRS. Brak płynności finansowej uniemożliwia BHRT m.in. pełne korzystanie z członkostwa w Europejskiej Unii Nadawców. Dla przykładu ostatni występ reprezentanta nadawcy w Konkursie Piosenki Eurowizji miał miejsce w roku 2016 i został pokryty przez grono sponsorów. Widmo zamknięcia radiotelewizji spotkało się ze wsparciem wspomnianych „instytucji kultury…”.
O interwencję w sprawie BHRT poproszono Biuro Wysokiego Przedstawiciela w Bośni i Hercegowinie, Christiana Schmidta. Niestety, jego działania nie cieszą się poparciem Bośniaków. Uważany jest bowiem albo za rzecznika kolonialnych interesów Zachodu, albo słabego i leniwego biurokratę, który boi się podejmować zdecydowane działania. Wystosowane przez Schmidta żądanie uregulowania statusu siedmiu „instytucji kultury o znaczeniu” zostało zignorowane przez wszystkie obozy polityczne.
Niepopularność Wysokiego Przedstawiciela ilustruje incydent z listopada. Reprezentujący bośniackich Serbów minister handlu zagranicznego i relacji gospodarczych Staša Košarac przesłał Schmidtowi list, w którym podważył legalność jego mandatu, zarzucił mu szkodzenie Republice Serbskiej i polityczny atak na jej byłego prezydenta Milorada Dodika, a także zagroził procesem wzorowanym na norymberskim. Do przesyłki dołączył hełm z okresu II wojny światowej.
Nawiązując do bogatej tradycji podkopywania autorytetu instytucji międzynarodowych działających na obszarze byłej Jugosławii, Košarac porównał Schmidta do nazistowskich okupantów. Ataki na Wysokiego Przedstawiciela zdarzały się już wcześniej – stanowią stały element bośniacko-hercegowińskiej polityki, jednak to właśnie Košarac wyraźnie wpisał się w popularną w Moskwie narrację antyfaszystowską. Serbowie, podobnie jak Rosjanie, lubią przedstawiać się jako ofiary wywoływanych przez siebie wojen.
O tym, kto był ofiarą prawie czteroletniego oblężenia Sarajewa przypomniała szokująca dla niektórych informacja o organizowanych przez Serbów „polowaniach”. Tajemnicą poliszynela jest to, że okalające miasto wzgórza odwiedzali przybywający z Serbii ochotnicy, w tym obecny prezydent Serbii Aleksandar Vučić. Sprawę odświeżył Ezio Gavazzeni. Włoski dziennikarz odniósł się do znanych już wcześniej przypadków, przypominając o organizowanych przez agresorów „safari” dla obcokrajowców.
Chodzi o weekendowe wizyty bogatych gości z zagranicy, którzy mieli możliwość postrzelania do mieszkańców oblężonego Sarajewa. Choć o sprawie było wiadomo już trzydzieści lat temu i nakręcono o niej film dokumentalny, doniesienia Gavazzeniego nagłośniły ten wątek wojny w Bośni. Mieszkańcy Sarajewa zrozumieli, dlaczego to właśnie weekend był najniebezpieczniejszą częścią tygodnia. Pojawiły się także domysły, co do prawdziwej tożsamości „snajperów”.
Wszystko to dzieje się w trakcie obrony Ukrainy przed „specjalną operacją” Federacji Rosyjskiej i wobec stałego wsparcia Moskwy i jej sojuszników, m.in. Budapesztu, dla Republiki Serbskiej. Obóz prorosyjski zaciekle bronił Milorada Dodika. Zdjęty z urzędu prezydent Republiki Serbskiej tworzył narrację, w której wyrok sądu interpretował jako atak na Republikę i cały serbski naród, postanowiono jednak rozpisać przedterminowe wybory prezydenckie.
Dodik i jego partia początkowo zapowiadali bojkot, zdecydowali się jednak na wystawienie kandydata. To właśnie on – Siniša Karan – zwyciężył przeprowadzone 23 listopada głosowanie. Nominat Dodika zdobył 50,41% głosów, jego przeciwnik Branko Blanuša z SDS uzyskał zaś 48,20%. Nie obyło się bez oskarżeń o fałszerstwa i apeli o powtórzenie głosowań w niektórych okręgach, uwagę zwraca również, wynosząca jedynie 35,51%, niska frekwencja.
Usunięcie Milorada Dodika z najwyższego stanowiska w Republice Serbskiej nie przyniosło jednak znaczącej zmiany w prowadzonej przez entitet polityce. Już kilka dni po wyborach Dodik i Karan odwiedzili w Budapeszcie Viktora Orbána, który potwierdził wsparcie dla nowego przywódcy Republiki. W odpowiedzi minister obrony BiH Zukan Helez nie zezwolił na przylot do Banja Luki wojskowego samolotu z ministrem spraw zagranicznych Węgier.
Trzydziestolecie pokoju w Bośni i Hercegowinie naznaczone jest więc ciągłą rywalizacją polityczną, pielęgnowaniem konfliktów pamięci i torpedowaniem ogólnokrajowych projektów gospodarczych oraz społecznych. BiH jest ostatnim państwem w Europie mierzącym się z cyfryzacją naziemnego sygnału telewizyjnego. To tylko drobny skutek krótkowzroczności projektantów porozumienia pokojowego z 1995 roku. Jaki ma to związek z dyskutowanymi planami zakończenia inwazji na Ukrainę?
Wątek bośniacki w toczonym za naszą wschodnią granicą konflikcie jest obecny choćby w postaci bośniackich obywateli – najemników pracujących dla Moskwy. Powiązanie obrony Ukrainy z regulującym istnienie BiH układem z Dayton jest jednak głębsze. Postawa społeczności międzynarodowej dowodzi bowiem, że bośniacka lekcja nie została odrobiona. Dayton jest przestrogą przed tymczasowym rozwiązywaniem problemów i zamienianiem miejscami agresorów i ich ofiar.
Maciej Adam Baczyński – absolwent filologii bałkańskiej, studiów bałtyckich (UMK) i stosunków międzynarodowych (UŁ). Interesuje się relacjami polityki z historią i kulturą, zwłaszcza w obszarze pamięci zbiorowej. Członek redakcji portalu „Obserwator Międzynarodowy”.


