Konkurs Piosenki Eurowizji od miesięcy wzbudza kontrowersje. Problemem był udział nadawcy z Izraela (Kan). W tym tygodniu zadecydowano o umożliwieniu mu startu. W odpowiedzi część uczestników wycofała się z rywalizacji.

Konkurs Piosenki Eurowizji nie pozostawia obserwatorów obojętnymi, niektórzy go uwielbiają, inni nienawidzą. Coraz gorzej oceniają go jednak nawet najzagorzalsi fani. Krytykują oni postawę organizatora, Europejskiej Unii Nadawców (EBU), który długo bagatelizował doniesienia o naruszeniu zasad przez uczestniczącego w widowisku nadawcę z Izraela. Brak zdecydowanej reakcji pogorszył sytuację, rozbudowując niezadowolenie o wątki polityczne, w tym oskarżenia o popełnianie w Gazie ludobójstwa.
Zamieszanie wokół nadawcy z Izraela towarzyszyło już poprzednim edycjom Konkursu. Piosenka tegorocznej reprezentantki odnosiła się do ataku Hamasu na gości festiwalu Nova i rozpoczętej w jego wyniku wojny. Utwór uzyskał otwarte wsparcie władz państwa, w tym finansowanie nachalnej promocji medialnej. Dała ona niewiarygodnie dobre wyniki: wygraną w półfinale oraz zwycięstwo w finałowym televotingu – zapewniając Kan drugie miejsce w Konkursie.
Na eurowizyjnej scenie krytyka polityki Izraela słyszana jest od dawna. Szczególnie głośno dobiegała ze strony państw nordyckich, zwłaszcza Islandii. W tym roku reprezentantka Kan została wybuczana – usłyszeli to jednak jedynie widzowie zgromadzeni na koncercie, transmisja dla telewidzów była bowiem tak profesjonalna, że mogli oni odnieść wrażenie, że publiczność została oczarowana wzruszającym występem Izraelki.
Europejska Unia Nadawców okazała się głucha zarówno na gwizdy, jak i pokonkursowe komentarze, skargi i apele. Pewnym rozwiązaniem miało być poddanie udziału nadawcy z Izraela pod głosowanie. W ostatniej chwili zrezygnowano z niego, by po pewnym czasie zaproponować zmianę zasad Konkursu. Miałaby ona ograniczyć manipulowanie głosami, zwiększając zaufanie do przebiegu rywalizacji i jej wyniku, pomijając kwestię wykluczenia Kan z imprezy.
W debatę na temat przyszłości Izraelczyków w największym międzynarodowym wydarzeniu muzycznym zaangażowali się przedstawiciele wielu środowisk, nie tylko artystycznych. We wrześniu do sprawy odniosła się nawet polska ministra kultury i dziedzictwa narodowego Marta Cienkowska. Stwierdziła, że w przypadku udziału Kan polski nadawca powinien zrezygnować z wysłania reprezentanta na Konkurs. Zaznaczyła jednak, że to jej prywatne, a nie urzędowe zdanie.
Polskim nadawcą zaangażowanym w projekty eurowizyjne jest Telewizja Polska w likwidacji. Niestety, zdystansowała się ona od problemu, czekając na rozwój wydarzeń. Na tę chwilę nie wydaje się, by cokolwiek miało się zmienić. Resort Cienkowskiej również nie planuje interweniować, argumentując, że pomimo nadzoru nad TVP w likwidacji, ministerstwo nie zamierza ingerować w autonomię spółki i wpływać na podejmowane przez nią decyzje.
Inni nadawcy nie pozostawali bierni i wprost opowiadali się za lub przeciwko udziałowi Kan w Konkursie. Po ogłoszeniu decyzji o dopuszczeniu go do zawodów niektórzy z nich ogłosili bojkot imprezy. Dotychczas z rywalizacji wycofało się czworo z nich – nadawcy z Hiszpanii, Irlandii, Holandii oraz Słowenii. Wiele wskazuje na to, że groźbę uszczuplenia stawki zrealizują także nadawcy z Islandii i Belgii.
Sytuacja jest dynamiczna, a grono niezadowolonych stale się powiększa. Internet zalewają nie tylko artykuły, opinie i komentarze, ale i apele o dołączenie do bojkotu – zmuszenie kolejnych nadawców (np. BBC) do wycofania się z Konkursu lub przynajmniej zaprzestania podwyższania liczby odsłon oficjalnych kanałów Europejskiej Unii Nadawców, a w maju – zrezygnowania z oglądania koncertów i brania udziału w głosowaniu widzów.
Sytuacja jest więc wyjątkowa – choć dotychczasowe rezygnacje nie dorównują zimnowojennym bojkotom igrzysk olimpijskich, zwracają uwagę na rosnący rozdźwięk w ocenie trwającego w Palestynie konfliktu. Dość napisać, że nadawcę z Izraela oficjalnie wsparli nadawcy i politycy z Niemiec i Azerbejdżanu. Trudno też nie zauważyć, że liczba rezygnacji już teraz przewyższa niespodziewany – i nieco podejrzany – powrót nadawców z Bułgarii, Rumunii i Mołdawii.
Siedemdziesiąta edycja Konkursu Piosenki Eurowizji odbędzie się w połowie maja w Wiedniu i już wiadomo, że zapisze się w historii popkultury. Ciągnąca się od miesięcy seria skandali z pewnością postawi jej organizatorów przed wieloma wyzwaniami. Póki co największym z nich jest powstrzymanie rezygnacji nadawców, a przede wszystkim przekonanie publiczności do nowego logo i towarzyszącego mu sloganu „United by Music”.
Maciej Adam Baczyński – absolwent filologii bałkańskiej, studiów bałtyckich (UMK) i stosunków międzynarodowych (UŁ). Interesuje się relacjami polityki z historią i kulturą, zwłaszcza w obszarze pamięci zbiorowej. Członek redakcji portalu „Obserwator Międzynarodowy”.


