Humor, nostalgia, wszechobecny bit i najprawdziwsze oczyszczenie, którego nie powstydziliby się greccy mistrzowie.

Techno Rzeczpospolita to opowieść o muzyce, miłości i młodości. To spektakl, który pozwala dotknąć katharsis totalnego – oczyszczenia poprzez dźwięk, wspomnienie i wspólnotę.
Scena Kino Muranów na jeden magiczny wieczór zamieniła się w stolicę rave’u. Grupa piekielnie zdolnych aktorów z Akademii Sztuk Teatralnych we Wrocławiu wystawiła swoją dyplomową sztukę Techno Rzeczpospolita.
Od pierwszych chwil dałam się porwać magicznemu uniwersum syntezatorów i życiodajnego bitu. Rozszalała grupa imprezowiczów prezentowała swoje parkietowe talenty, a rytm niósł zarówno aktorów, jak i widownię.
Ale poza imprezą doświadczamy boleśnie prawdziwego obrazu Polski czasów transformacji, widzianego oczami pięknych, dwudziestoletnich koneserów techno. Bo techno było wtedy jak nasza wolność – nowe, niewinne, nieokiełznane. Tak jak Polska początku lat 90., nie znało granic, zasad ani ograniczeń. Dzikie to były czasy. Zachłysnęliśmy się wolnością, jak pigułką połkniętą na parkiecie.
Widzimy wolnościowców wyginających się w rytmie szalonych dźwięków. Słyszymy ich marzenia o prezydencie podobnym do nich – kimś, kto zna życie, kto stał w kolejce po zasiłek, kto upadał i wstawał. Widzimy ich także jako współczesne, postarzałe wersje samych siebie, w maskach starców, wspominających swój pierwszy raz z techno.

Myśleli, że techno jest niewinne jak oni. Ale prawda okazała się bardziej złożona. Techno nie było tylko muzyką. Było próbą ciała i umysłu, doświadczeniem granicznym, cienką linią między ekstazą a autodestrukcją.
„Mam 24 lata, przeżyłem prowadzony na rave” w parafrazie Tadeusza Różewicza słyszymy głosy tych, którzy polegli. Ofiara tabletek ekstazy UFO opowiada z zaświatów swojej matce że jest jej tam dobrze, że nie trzeba się martwić. To jeden z najbardziej poruszających momentów spektaklu – brutalnie szczery i boleśnie ludzki.

Po fali imprez przychodzi dorosłość,
Imprezowe ubrania ustępują miejsca dorosłym kostiumom życia. Pojawia się piękna parafraza finałowego monologu Rentona z filmu Trainspotting. Wybiorą telewizor. Kredyt. Rodzinę. Stabilizację. „Choose life”. Ale dla tych, którzy kiedyś byli wolni, ten wybór brzmi jak wyrok.
a jednak bal się nie kończy.
Bo życie balem jest nad bale. I niezależnie od wieku, wciąż możemy do niego dołączyć. Wciąż możemy tańczyć. Aż po kres czasu.
Na spektaklu „Techno Rzeczpospolita” poczułam, że jesteśmy jednością. Marzyłam, by zaproszono nas na parkiet (co się na końcu wydarzyło), byśmy mogli poruszać się do tego samego bitu, uwolnić nasze nadgryzione zębem czasu ciała i znów poczuć słodki zew setu w rytmie 140 BPM.


