Wojna uchodzi za najbardziej irracjonalną z ludzkich aktywności. Kosztuje fortuny, przynosi zniszczenia i często zaczyna się z powodu ambicji jednego człowieka. A jednak – jak pokazuje Duncan Weldon w książce Ekonomia wojny – konflikty zbrojne rzadko są tak nieracjonalne, jak się wydaje. Często stoi za nimi „niewidzialna ręka rynku” ze swoimi bardzo przyziemnymi bodźcami: pieniędzmi, instytucjami i prostymi kalkulacjami zysków oraz strat.

Autor: prof. Tomasz Kamiński
Były dziennikarz brytyjskiego tygodnika The Economist zabiera czytelnika w barwną podróż przez wieki – nie bez powodu polski podtytuł brzmi Od wikingów do Putina. Weldon odsłania ekonomiczne czynniki, które wpływały na bieg historii. Każdy z siedemnastu krótkich rozdziałów to osobny mini-esej historyczny pokazujący jakąś nieoczywistą zależność.
Ekonomia na morzu
Dlaczego w XVIII i XIX wieku brytyjska Royal Navy rządziła na oceanach? Dlaczego na jeden zatopiony brytyjski statek przypadało aż siedem francuskich? Jednym z powodów był system motywacyjny w brytyjskiej marynarce. Zdobyty statek wroga stawał się oficjalnym łupem do podziału między admirała, kapitana, oficerów i załogę. Zwycięstwo oznaczało więc nie tylko prestiż, lecz także realny awans finansowy.
Kapitan, który nie wykazywał się wystarczającą determinacją w walce, ryzykował utratę stanowiska (i zysków), a nawet karę śmierci. Brawura była więc opłacalna. We francuskiej marynarce sytuacja wyglądała inaczej: kapitan, który utracił okręt, mógł zapłacić za to głową. Rozsądniejszą strategią stawało się więc unikanie ryzyka i walki. W efekcie brytyjscy dowódcy byli znacznie bardziej skłonni do agresywnego działania na morzu. System nagród sprawiał, że odwaga się opłacała.
Wojny bez bitew
Podobna logika działała w XV-wiecznych Włoszech, gdzie między niewielkimi państwami Półwyspu Apenińskiego niemal nieustannie toczyły się wojny. Paradoksalnie zniszczenia były stosunkowo niewielkie, niewiele było też ofiar.
Najemnicy – kondotierzy – tłumaczyli swoje manewry skomplikowaną strategią pozorowanych ataków i odwrotów. W rzeczywistości chodziło o coś znacznie prostszego: unikanie walki. Byli opłacani niezależnie od wyniku konfliktu, podobnie jak najemnicy po drugiej stronie. W efekcie obie armie często łączyła nieformalna nić wspólnego interesu – nie warto było doprowadzać do rozstrzygającej, krwawej bitwy, skoro można było się bogacić bez ponoszenia nadmiernego ryzyka.
Racjonalność pozornych błędów
Najciekawsze fragmenty książki to te, w których Weldon pokazuje, że decyzje wyglądające na absurdalne mogą mieć bardzo racjonalne podstawy polityczne.
Dobrym przykładem jest historia angielskiego długiego łuku. W czasie wojny stuletniej angielscy łucznicy wielokrotnie rozbijali znacznie liczniejsze armie francuskie. Długi łuk był trudny do opanowania, ale wyszkolony łucznik potrafił oddać kilka strzałów w czasie jednego strzału z kuszy.
W Anglii królowie wręcz nakazywali poddanym regularne ćwiczenia łucznicze. We Francji było odwrotnie – władcy zniechęcali do upowszechniania tej broni. Jak przekonuje Weldon, nie wynikało to z wojskowej krótkowzroczności, lecz z kalkulacji politycznej. Niestabilna francuska monarchia obawiała się dobrze uzbrojonych chłopów, którzy mogliby zagrozić porządkowi społecznemu. Bardziej stabilna Anglia mogła sobie pozwolić na promowanie broni zwiększającej skuteczność armii w wojnach zewnętrznych. Okazuje się więc, że z punktu widzenia władcy uzbrajanie wszystkich w najlepszą broń nie zawsze jest racjonalne.
Ekonomia terroru
Podobnie nieoczywiste spojrzenie Weldon proponuje w rozdziale poświęconym przymusowej kolektywizacji rolnictwa w Związku Radzieckim. Polityka Stalina doprowadziła do katastrofalnych skutków, w tym Wielkiego Głodu na Ukrainie w latach trzydziestych XX wieku. Autor nie próbuje jej usprawiedliwiać, ale pokazuje logikę stojącą za tą brutalną decyzją.
Związek Radziecki przygotowywał się do wojny totalnej, przestawiając gospodarkę na produkcję zbrojeniową. Produkcja dóbr konsumpcyjnych spadała, więc wieś nie miała na co wydawać pieniędzy i nie była zainteresowana zwiększaniem produkcji rolnej. W odpowiedzi reżim zastąpił mechanizmy rynkowe przemocą, zmuszając chłopów do oddawania żywności państwu. Priorytetem w jej dystrybucji stali się mieszkańcy miast, robotnicy przemysłowi i żołnierze. Z punktu widzenia Stalina była to brutalna, ale racjonalna kalkulacja.
Siłą Ekonomii wojny jest właśnie ta demitologizująca perspektywa. Weldon patrzy na wielkie wydarzenia historyczne nie przez pryzmat heroicznych opowieści o wodzach i bitwach, lecz przez analizę motywacji ludzi i instytucji. Pokazuje, jak system bodźców ekonomicznych wpływał na strategie, decyzje i rezultaty konfliktów.
Ta perspektywa jest szczególnie cenna dziś, gdy ekonomiczne i polityczne mechanizmy stojące za konfliktami znów znajdują się w centrum debaty o stosunkach międzynarodowych. Starczy wspomnieć o ekonomicznych aspektach rywalizacji amerykańsko-chińskiej albo o roli sankcji gospodarczych jako instrumentu nacisku na putinowską Rosję.
Czego w tej książce brakuje
Dla polskiego czytelnika pewnym rozczarowaniem może być fakt, że książka – skoncentrowana głównie na historii Europy Zachodniej – całkowicie pomija obszar między Odrą a Dnieprem. Nie znajdziemy tu przykładów z dziejów Rzeczypospolitej Obojga Narodów ani z okresu jej wielkości, ani z okresu jej upadku.
To zresztą problem szerszy: dla wielu zachodnich autorów historia Europy Wschodniej pozostaje niemal niewidoczna. Jak wielokrotnie pisał Norman Davies, wynika to z tradycji historiografii, w której obszar na wschód od Odry traktowany jest jako peryferyjny. Paradoksalnie ta luka pokazuje też, jak bardzo brakuje popularnonaukowej książki analizującej historię naszego regionu z podobnej ekonomicznej perspektywy. Bardzo chętnie przeczytałbym „Ekonomię wojny od Piastów do Jaruzelskiego”, napisaną według podobnego schematu co książka Weldona.
Warto!
Słabych punktów książka ma niewiele. Profesjonalni historycy mogą narzekać na pewne uproszczenia, ale są one właściwie nieuniknione w literaturze popularnonaukowej. Puryści językowi mogą narzekać, że korekta mogłaby być lepsza. Dla mnie najsłabszą częścią książki była ta, z którą zapoznałem się na początku, czyli przedmowa do polskiego wydania. Jeśli byłoby wydanie drugie, to na pewno bym ją zmienił na… bardziej zachęcającą do dalszej lektury.
To jednak drobiazgi wobec licznych zalet tej książki. Weldon pisze lekko, dynamicznie i z wyraźnym talentem do opowiadania historii. Jego krótkie rozdziały czyta się naprawdę z przyjemnością i poczuciem dobrze dobranych proporcji: opowieść nasyca, ale nie nuży.
Ekonomia wojny pokazuje też coś naprawdę ważnego: konflikty zbrojne nie są wyłącznie historią bitew, bohaterów i wielkich strategów. To także historia ekonomicznych bodźców, interesów i bardzo ludzkich kalkulacji. I właśnie dlatego ekonomia bywa czasem lepszym przewodnikiem po historii niż heroiczne opowieści o wielkich bitwach i dzielnych żołnierzach. A kiedy zaczniemy patrzeć na wojnę z tej perspektywy, wiele wydarzeń – zarówno w przeszłości, jak i we współczesnej polityce międzynarodowej – zaczyna wyglądać zupełnie inaczej.
Tomasz Kamiński – profesor na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego (Katedra Studiów Azjatyckich).
- Autor: Duncan Weldon
- Książka: „Ekonomia wojny. Od wikingów do Putina”
- Wydawnictwo: Wydawnictwo WEI (Warsaw Enterprise Institute)
- Rok wydania: 2025
- Więcej informacji tu.


