Cinkciarz był kiedyś stałym elementem krajobrazu polskich miast – wszyscy wiedzieliśmy, gdzie go znaleźć i po czym rozpoznać jego charakterystyczne „change money, good price”. Dziś samo słowo brzmi nieco anachronicznie, ale sposób myślenia, który za nim stał – szybki interes, targowanie się i przekonanie, że niemal wszystko ma swoją cenę – może okazać się zaskakująco użyteczny do opisania polityki Donalda Trumpa. Dr Michał Rulski stawia odważną tezę – obecny prezydent Stanów Zjednoczonych jest „największym cinkciarzem systemu międzynarodowego”.

Autor: dr Michał Rulski
Jeszcze nie tak dawno wszyscy wiedzieliśmy, gdzie ich szukać w dużych miastach. Okolice hoteli, dworców, PEWEX-ów, reprezentacyjne ulice – to były ich naturalne terytoria. Każdy wiedział, gdzie można usłyszeć wypowiadane łamaną angielszczyzną, charakterystyczne hasło: „Change money, change money, good price”. W tym miejscu warto przypomnieć sobie choćby fragment rozmowy bohaterów granych przez Andrzeja Grabowskiego i Cezarego Pazurę w filmie „Kariera Nikosia Dyzmy”. Określenie „cinkciarz” na stałe weszło do polskiego słownika. Przetrwało nawet liberalne reformy gospodarcze, po których wymiana walut przestała być domeną podejrzanych osobników krążących wokół dworców i hoteli, a banki umożliwiły nam niemal natychmiastowe przewalutowanie pieniędzy zgromadzonych na własnym koncie. Wydaje się jednak, że wraz z zanikiem samego zjawiska nieco zapomnieliśmy, co właściwie charakteryzowało cinkciarza: koncentrację na szybkim interesie, nieustanne targowanie się, wyczuwanie okazji i przekonanie, że każdą relację można sprowadzić do transakcji, jeśli tylko odpowiednio ustali się cenę.
I właśnie to zapomnienie może utrudniać nam właściwe odczytanie działań obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Donald Trump pozostaje przecież prezydentem państwa będącego naszym kluczowym sojusznikiem w globalnym systemie bezpieczeństwa. Tymczasem jego sposób prowadzenia polityki zagranicznej często wymyka się klasycznym kategoriom, którymi zwykliśmy opisywać relacje między państwami, sojusze czy interesy mocarstw. Moje autorskie określenie Donalda Trumpa mianem „największego cinkciarza systemu międzynarodowego” nie jest oczywiście tak wyraziste jak porównanie jego działań politycznych z narzędziami stosowanymi przez Władimira Putina, którego dokonał dr Przemysław Damski na łamach Obserwatora Międzynarodowego.
Nie chodzi mi jednak o efektowną etykietę. Metafora cinkciarza ma przede wszystkim pomóc uchwycić określony sposób postrzegania świata: rzeczywistości, w której liczy się przede wszystkim transakcja, cena, zysk i możliwość wykorzystania nadarzającej się okazji. Jeśli przyjąć takie założenie, łatwiej zrozumieć niektóre posunięcia lokatora Białego Domu – a przede wszystkim próbować możliwie precyzyjnie przewidywać jego kolejne ruchy.
Nie jest celem przedstawianie go jako „pomarańczowego”, starszego pana w skórzanej kurtce z nieodłączną saszetką, lecz analityczne podążanie za takim myśleniem oraz przeczuwaniem, co w relacjach zewnętrznych chciałby ugrać i schować do tej ,,saszety”. Jednocześnie – podbudowując swoje ego, zadawalając wyborców czy też zyskując lepszą pozycję dla swojego państwa (kolejność nieprzypadkowa/ironiczna).
Trump wielokrotnie mówił o swojej wyjątkowości jako osoba z biznesu wywodząca się spoza utartych układów politycznych, struktur państwowych czy wojskowych. Skoro prezydent USA swoje doświadczenie z działalności deweloperskiej chce wykorzystywać w pojmowaniu i kształtowaniu polityki klimatycznej, podważając głos ekspertów, to nie możemy mieć wątpliwości, że w pojmowaniu przez siebie danych problemów będzie patrzył przez pryzmat szybkiego zysku, szybkich układów czy też doraźnych efektów.
Z perspektywy czasu politykę celną wprowadzoną przez jego administrację należy uznać za oczywiście błędną. Był to przecież jeden z pierwszych wyrazistych sygnałów, w jaki uproszczony sposób prezydent będzie patrzył na relacje gospodarcze, nawet ze swoimi – wydawałoby się – najbliższymi sojusznikami, pomimo ugruntowanych relacji oraz wypracowanego zaufania. Jak widać, takie narzędzia jak cła oraz spory handlowe staną się realną dźwignią politycznego nacisku zamiast elementem strategii gospodarczej. Co więcej, dało to jasny sygnał do odchodzenia USA od płaszczyzn multilateralnej kooperacji wraz z zapewnianiem globalnych dóbr publicznych.
Takie decyzje musiały też wpłynąć na życie zwykłych Amerykanów, patrzących z niepokojem na inflację oraz koszty życia. Cła wprowadzone w 2025 roku przez administrację Białego Domu, które wzrosły średnio z 2,4 % do 18 % muszą oddziaływać na wzrost cen, stanowiąc podatek regresywny.
Parafrazując typowe nawoływanie cinkciarza ,,good price”, Trump chciał wszystkim wmówić, że zrobi ,,good deal”. Należy jednak przyznać, że uczynił to, co zapowiedział, pokazując, że może każdemu zagrozić cłami bez konieczności patrzenia na gospodarkę. Prognozuje się, że PKB USA będzie o 0,9–1,1 % niższe, niż miałoby to miejsce w przypadku niewprowadzania pomysłów Białego Domu. W części branż może również dojść do spadku zatrudnienia pomimo ochrony rynku wewnętrznego. Nie można się było dziwić, że Partia Republikańska wraca do izolacjonistycznych korzeni, co jest efektem ogólnego procesu zmiany myślenia. Z kolei Trump w stosunkach międzynarodowych chce zarobić i chce wiedzieć, gdzie podziały się pieniądze z budżetu federalnego – stąd przedziwna i szkodliwa rola w jego administracji Elona Muska. Każdy błąd poprzedników, w tym finansowanie przez administrację Baracka Obamy syryjskich rebeliantów (podatnych na religijną radykalizację), dawało pretekst do kolejnych cięć oraz pokazywania przez obecnego prezydenta USA jego zmysłu biznesowego. Paradoksalnie. to właśnie on musi masowo zaciągać kredyty na rynkach, aby spłacić dług federalny. Jest to o tyle ważne, że dotychczasowy stabilizator sytemu finansowego ma poważne problemy, co może realnie spowodować zachwianie tego porządku.
Okazało się przy tym, że Donald Trump nie wyznaje zasady legendy wrestlingu Marka Calawaya (Undertakera), który zawsze podkreślał że trzeba dbać o swoich przyjaciół. Sam kandydat Republikanów wystąpił u Calawaya podczas ostatniej kampanii wyborczej w jego podcaście ,,Six Feet Under with Mark Calaway”. Wrestler w sposób jasny okazywał poparcie dla Trumpa – było to o tyle ważne, że Calaway swoim wyglądem, postawą oraz zachowaniem jest niemalże emanacją prawicowego wyborcy w USA.
Początkowo wydawało się, że spór pomiędzy USA a Danią o przyszłość Grenlandii ewidentnie podważył jeden z fundamentów NATO, czyli szerzenie współpracy zamiast nacisku na swoich sojuszników. Nawet jeżeli prezydent Trump nie zdecydował się na militarne zajęcie Grenlandii, dążąc do lansowania porozumienia łamiącego podstawy Sojuszu, to i tak w poważny sposób zostało nadszarpnięte zaufanie w relacjach transatlantyckich. Donald Trump w tym przypadku podkreślał, że USA nie ,,zamierza bronić czegoś, co tylko wynajmują”. Jednak jego ostra i nieprzewidywalna gra odnośnie do Grenlandii przyniosła wymierny skutek w postaci podpisania trójstronnego porozumienia, którego realizacja ma zapewnić ochronę amerykańskich interesów w kwestii bezpieczeństwa, co zostało zapisane w National Security Strategy. Wedle państw-stron, USA, Danii oraz Grenlandii, wdrażanie postanowień tego dokumentu ma być pozytywne dla wszystkich stron, stanowiąc też kluczową decyzję polityczną dotyczącą przyszłości Arktyki. Jak się okazało, niecodzienna polityka Trumpa pozwoliła na ewolucję zachowania stron porozumienia z 1951 roku. Nie ulega wątpliwości, że obecna administracja w Waszyngtonie będzie dążyła do zapewnienia sobie spokoju, tak aby załatwić sprawy oraz żywotne interesy Stanów Zjednoczonych w ich najbliższym otoczeniu.
Poza tym widać, że Donald Trump postrzega NATO znacznie szerzej w relacjach transatlantyckich, często chcąc wychodzić poza ramy Sojuszu, pragnąc przy tym wymuszać na Europejczykach określone zachowania w globalnych relacjach międzynarodowych. Tylko że np. w przypadku Iranu USA nie będą mogły skorzystać z Europy jako z ,,pudełka z narzędziami”, służących do stabilizacji sytuacji wewnętrznej, gdyż amerykańska armia nie chce wchodzić do dorzecza Eurfratu i Tygrysu. Należy przy tym pamiętać, że za każdym razem, gdy USA podejmują jakąś interwencję na świecie, to automatycznie zużywają swoje zasoby, jakie mogłyby być wykorzystane na teatrze europejskim. Należy się przy tym zastanowić, czy to sojusznicy Stanów Zjednoczonych nie stają się coraz słabsi, przez co Trump niekoniecznie widzi w nich pewnych i stabilnych koalicjantów w poważnej rozgrywce geostrategicznej. Prawdopodobnie USA nadal poszukuje sojuszników regionalnych, którzy wzięliby na swoje barki odpowiedzialność za utrzymanie systemu Pax Americana w nowej formule Trump Americana. To oczywiście będzie się wiązało z osobnymi układzikami, porozumieniami, stosowaniem zachęt oraz patrzeniem na doraźne zyski, również w sferze twardego bezpieczeństwa.
Tylko, czy ,,cinkciarz Trump” zawsze zawiera złe umowy, które nie opierają się na logice? Przecież swoimi działaniami na Kaukazie, w tym na rynku surowców energetycznych mógł podmywać podstawy rosyjskiej potęgi (co się oczywiście zmieniło po interwencji w Iranie). Jednak, dla przyszłości Armenii i Azerbejdżanu przełomową kwestią może być ustanowienie Szlaku Trumpa na rzecz Międzynarodowego Pokoju i Dobrobytu (TRIPP).
Tytułowe określenie prezydenta USA cinkciarzem o dziwo nie ma jednak tonu moralizatorskiego. Jest to raczej kolejna publicystyczna odpowiedź na ogólne nierozumienie widzenia polityki głównego gracza międzynarodowego. Nie da się okryć, że Europejczycy muszą zrozumieć retorykę, sposób negocjacji czy też adresowane propozycje polityczne obecnej administracji Białego Domu, zamiast tłumaczyć swoje decyzje lub ich brak niepokojem czy niezrozumieniem. To, że Trump stawia na ego w stosunkach międzynarodowych widać gołym okiem. W jego opinii ma on wydawać polecenia i groźby innym przywódcom, co miałoby zablokować wszystkie potencjalne konflikty międzynarodowe. Zresztą, czy obecny prezydent Stanów Zjednoczonych miał odchodzić od wartości europejskich, skoro on nie jest Europejczykiem i nawet nie chce rozumieć Europy. Dla niego jesteśmy kolejnym – bliższym lub dalszym – partnerem. Warto się tutaj zastanowić, czy przymuszenie swoich sojuszników przez Stany Zjednoczone do wydawania 5 % PKB na zbrojenia nie jest krokiem do tego, aby finalnie nie korzystać z artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, tak aby poszczególne państwa natowskie miały indywidualne możliwości odstraszania, bazując na własnych zdolnościach. Europejscy sojusznicy mogą się oczywiście bać jakiegokolwiek upodmiotowienia Władimira Putina, jak np. zaproszenie na szczyt G20, co mogłoby mu dać większe szanse i pole manewru.
Jednak czy to wszystko, co obecnie robi Biały Dom nie jest tak naprawdę iluzją, uporczywym kształtowaniem dyskursu w myśl Trumpa oraz dość tandetnym PR? Może się okazać, że jego polityczność, rozumiana jako możliwość kształtowania rzeczywistości, już się wyczerpała wraz z tym stylem rządzenia. Pojawiają się głosy, że jego szybkie i wydawałoby się błyskotliwe oraz stanowcze decyzje były ułomne oraz mają stanowić zasłonę dla przyszłego trwania. Nie wchodząc w umysł prezydenta USA ,może się okazać, że jest on świadomy tego iż nie poleci na Marsa (na pewno nie z Muskiem). Nie uczyni też Ameryki wielkiej i już w zasadzie przegrał z Chinami.
Z kolei jego zwolennicy chcą wierzyć, że Trump wszystkie zachodzące procesy i problemy widzi w dalszej perspektywie i będzie dążył do zabezpieczenia przyszłości swojego państwa na wiele lat do przodu. USA robi coś, o czym inni gracze nawet nie myślą, czyli podejmują ryzyko. Może być ono źle przekalkulowane, a co za tym idzie wydawać się nieracjonalne, ale jest działaniem, na które to inni muszą odpowiadać. Wówczas te kroki należy interpretować jako element układanki, większego planu. Opierając się na klasyce myśli politycznej wydaje się, że Trump wprawdzie przeczytał Niccolò Machiavellego, choć nie do końca może mu się wszystko udawać, co opiera się na ograniczeniach natury personalnej.
A dlaczego Amerykanie w ogóle się tak zachowują? Trzeba „połączyć kropki”, gdyż w tej mierze trwa walka poszczególnych grup establishmentu. Ci nowi, mówiący rzekomo głosem ludu, przeciwstawiają się tym starym, zepsutym, globalistycznym, liberalnym elitom, które powinni przejść do lamusa i których młodsi przedstawiciele – są lub byli – niegodni piastowania tak wysokich funkcji, będąc pionkami, podatnymi na szantaże i słabości. W tym właśnie miejscu pojawia się sam Trump – jako wyrzut sumienia amerykańskiego systemu, dowód jego porażki oraz frustracji społecznej.
Jak powyższe refleksje przekładają się na obecny porządek światowy? To, co mieliśmy w dzisiejszym systemie międzynarodowym, czyli stabilizację oraz rozwój, było czymś niespotykanym w historii ludzkości. Dochodziła do tego aktywna rola hegemona, który był za to odpowiedzialny. Gdy USA za czasów Billa Clintona zaprosiły Chiny do WTO, organizacji stworzonej dla uregulowanie gospodarczego systemu światowego według zasad Waszyngtonu, to zmieniły się warunki przyszłej rywalizacji tych dwóch państw, co musi się przełożyć nie tylko na te podmioty, ale i na przyszłe losy mniejszych graczy. Bez wątpienia, wojna handlowa USA z Chinami musi zostać inteligentnie przygotowana, a Waszyngton powinien szukać alternatyw, ponieważ zostanie z niczym. Po prostu – związany swoimi ograniczeniami, w tym w wymiarze dostępnych zasobów oraz możliwości, w tym tych dyplomatycznych. Paradoksalnie, ale Trump musi zniszczyć system, który był stworzony przez same Stany Zjednoczone. Można się przy tym zastanowić, czy nie będą mu potrzebne umiejętności i nastawienie największego cinkciarza w historii stosunków międzynarodowych.
Michał Rulski – doktor nauk społecznych w zakresie nauk o polityce. Absolwent politologii oraz europeistyki Uniwersytetu Łódzkiego. Na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego obronił pracę doktorską pt. ,,Soft power Unii Europejskiej po Traktacie z Lizbony”. Zawodowo związany również z Akademią Humanistyczno-Ekonomiczną w Łodzi oraz Wyższą Szkołą Finansów i Informatyki im. prof. Janusza Chechlińskiego. Były dziennikarz i urzędnik państwowy.


