O Kazachstanie, jego historii, tożsamości i współczesnych wyzwaniach rozmawiamy z Wojciechem Góreckim, analitykiem OSW, reporterem i historykiem, autorem książki Wieczne państwo. Opowieść o Kazachstanie (Wydawnictwo Czarne 2024). Pytamy m.in. o to, jak Kazachstan próbuje definiować swoją podmiotowość w cieniu Rosji oraz jaką rolę w tym procesie odgrywa pamięć o sowieckiej przeszłości. Rozmawiał Tomasz Lachowski.

Tomasz Lachowski: Pańska książka nosi tytuł Wieczne państwo. Opowieść o Kazachstanie. We współczesnej polityce coraz częściej obserwujemy spory o historię i pamięć. Najbardziej wyrazistym przykładem pozostaje dziś konflikt Rosji z Ukrainą dotyczący dziedzictwa Rusi Kijowskiej czy prawa do interpretowania wspólnej przeszłości. W przypadku Kazachstanu sięgamy jednak równie głęboko — do Imperium Mongolskiego i Chanatu Kazachskiego. Czy właśnie tam współcześni Kazachowie odnajdują korzenie swojej państwowości? Na ile idea „wiecznego państwa” ma charakter historyczny, a na ile jest elementem współczesnej polityki tożsamości?
Wojciech Górecki: Sam tytuł jest pewną prowokacją, bo współczesny Kazachstan istnieje zaledwie od trzydziestu pięciu lat. W historii nie było wcześniej państwa o tej nazwie, choć istniał Chanat Kazachski. Nie oznacza to jednak, że nie było przodków współczesnych Kazachów ani wcześniejszych organizmów politycznych, z których wyrasta ich historia.
Kazachowie bardzo silnie pielęgnują pamięć genealogiczną, o czym świadczy koncepcja tzw. siedmiu ojców, po kazachsku żeti ata. Właśnie tylu przodków w linii męskiej powinien móc wymienić – i zwykle potrafi to zrobić – każdy Kazach. Nasza, europejska pamięć kończy się w najlepszym razie na prapradziadkach. Do dziś ogromne znaczenie mają też żuzy, czyli federacje plemienne – są trzy: Starszy, Średni i Młodszy – a także przynależność do konkretnych rodów w ramach żuzów. Co ciekawe, kiedy po raz pierwszy odwiedziłem Kazachstan w latach 90. zeszłego stulecia, słyszałem, że są to już wyłącznie relikty przeszłości. Gdy jeżdżę tam teraz, trzydzieści lat później, okazuje się, że nawet młodzi ludzie pracujący w międzynarodowych korporacjach przedstawiając się, podają nie tylko swoje nazwisko, lecz także żuz i ród, z którego pochodzą. To pokazuje, jak silna jest potrzeba zakorzenienia.
Podobny proces dotyczy całego państwa. Kazachstan jako niepodległe państwo jest młody, dlatego jego elity poszukują historycznej ciągłości, odwołując się do Chanatu Kazachskiego, Złotej Ordy czy Imperium Mongolskiego. A idea „wiecznego państwa” była jednym z elementów politycznej wizji Nursułtana Nazarbajewa, prezydenta kraju w latach 1990–2019. Chodzi w niej nie tylko o przeszłość, ale też przyszłość. O zbudowanie takiego państwa, które będzie trwać wiecznie, co, leżąc między Rosją a Chinami, nie jest łatwe.
Znaczenie tej narracji wzrosło pod wpływem wypowiedzi rosyjskich polityków, m.in. Putina i Miedwiediewa, kwestionujących kazachską państwowość. W odpowiedzi Kazachowie zaczęli intensywniej eksponować własną historię i prowadzić badania archeologiczne pokazujące, że ich przodkowie zamieszkiwali również północne obszary dzisiejszego Kazachstanu. Chodziło o udowodnienie, że historia tego państwa nie zaczęła się w 1991 roku, lecz ma znacznie głębsze korzenie i że Kazachowie mają pełne prawo zajmować swoje terytorium.
Wspomniał pan już o Nursułtanie Nazarbajewie. W książce poświęca mu pan zresztą osobny rozdział, opisując również własne spotkanie z pierwszym prezydentem Kazachstanu, jeszcze z początków pracy z Markiem Karpiem w Ośrodku Studiów Wschodnich. Chciałbym zapytać o fenomen tej postaci. Z jednej strony Nazarbajew jest architektem niepodległego Kazachstanu, z drugiej – przez lata stworzył system silnie spersonalizowanej władzy. Jak po latach ocenia pan jego rolę?
Miałem okazję poznać Nazarbajewa w 2002 roku. Marek Karp zaproponował mi wspólny wyjazd i przeprowadzenie z Nazarbajewem wywiadu w przeddzień jego wizyty w Polsce. Tak zaczęła się moja fascynacja tą postacią.
To jest człowiek niezwykle niejednoznaczny. Był ostatnim I sekretarzem Komunistycznej Partii Kazachstanu, kacykiem z nadania Moskwy, a jednocześnie jednym z niewielu polityków sowieckich, którzy właściwie przewidzieli rozpad ZSRR. Potrafił przeprowadzić kraj przez niezwykle trudny okres lat dziewięćdziesiątych. Trzeba pamiętać, że Kazachowie jeszcze niedawno nie stanowili nawet połowy mieszkańców własnej republiki. Był to naród dramatycznie doświadczony przez kolonizację rosyjską i politykę Związku Sowieckiego, zwłaszcza przez Wielki Głód z początku lat 30. XX wieku, który doprowadził do katastrofalnych strat demograficznych i masowej emigracji.
Po uzyskaniu niepodległości istniały realne obawy, że w północnym Kazachstanie, zamieszkanym przez liczną ludność rosyjską, mogą pojawić się tendencje separatystyczne. Nazarbajew zdołał jednak utrzymać jedność państwa i uniknąć konfliktów etnicznych.
Prowadził również bardzo przemyślaną politykę zagraniczną. Doskonale rozumiał, że Kazachstan, leżąc między Rosją a Chinami, sam nie będzie w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwa. Dlatego świadomie otworzył kraj na zachodnie inwestycje, zwłaszcza w sektorze naftowym. Wychodził z założenia, że obecność amerykańskich, brytyjskich czy włoskich koncernów będzie oznaczała również zainteresowanie ich państw stabilnością Kazachstanu. Przez wiele lat taka strategia równoważenia wpływów Rosji, Chin i Zachodu sprawdzała się bardzo dobrze. Rządził jednak zbyt długo. Coraz silniejszy stawał się kult jednostki. Tworzono jego pomniki, muzea, a nawet rozwiązania prawne podkreślające wyjątkowy status „Pierwszego Prezydenta”. To była już przesada.
W 2019 roku formalnie ustąpił z urzędu, ale zachował najważniejsze instrumenty wpływu na bieg spraw państwie – kierował partią rządzącą, kazachską Radą Bezpieczeństwa, a także Zgromadzeniem Narodów Kazachstanu – nieistniejącym dziś już ciałem, które odegrało ważną rolą w ucieraniu się relacji międzyetnicznych wewnątrz kraju. Dopiero wydarzenia ze stycznia 2022 roku ostatecznie zakończyły ten model władzy. Dziś jego polityczne znaczenie praktycznie wygasło, choć pozostaje symbolem narodzin niepodległego Kazachstanu.
Bilans jego rządów oceniam jednak dodatnio. Posługując się znanym powiedzeniem Lecha Wałęsy, powiedziałbym, że miał zdecydowanie więcej „plusów dodatnich” niż tych „ujemnych”.

Skoro wspomnieliśmy wydarzenia ze stycznia 2022 roku, chciałbym przejść do relacji Kazachstanu z Rosją. Doszło wówczas do gwałtownych protestów, po których prezydent Kasym-Żomart Tokajew zwrócił się o pomoc do Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Kilka tygodni później Rosja rozpoczęła pełnoskalową agresję przeciwko Ukrainie. Jak te dwa wydarzenia wpłynęły na relacje Astany z Moskwą?
Początkowo protesty wybuchły z powodu podwyżek cen gazu, ale bardzo szybko przerodziły się w bunt przeciwko całemu systemowi – korupcji, nadużyciom i patologii władzy. A kolejnym etapem stały się zamieszki, zagrażające bezpieczeństwu państwa – rebelianci opanowali między innymi lotnisko w Ałmatach. Sytuacja stała się na tyle poważna, że Tokajew zwrócił się o wspomnianą pomoc. Rosyjskie wojska – bo w praktyce w ramach OUBZ przylecieli wyłącznie Rosjanie – pojawiły się w Kazachstanie na bardzo krótko. Dziś wiemy już, że Moskwa przygotowywała się wówczas do inwazji na Ukrainę, dlatego kontyngent został szybko wycofany. Wielu Kazachów uważa, że gdyby podobny kryzys wydarzył się obecnie, bardziej prawdopodobnym partnerem bezpieczeństwa byłaby Turcja niż Rosja. Wpływ na to miała przede wszystkim wojna przeciwko Ukrainie. Tokajew znalazł się w szczególnej sytuacji. Z jednej strony Rosja pomogła mu utrzymać władzę w styczniu 2022 roku, z drugiej jednak już kilka miesięcy później publicznie odmówił uznania samozwańczych republik na Donbasie, siedząc obok Władimira Putina podczas Forum Ekonomicznego w Petersburgu. Był to bardzo czytelny sygnał polityczny, że nie czuje się dłużnikiem Kremla. Od tego czasu stosunki z Rosją można określić jako „szorstką przyjaźń”. Formalnie oba państwa pozostają sojusznikami, ale wzajemna nieufność jest bardzo duża. Kazachstan ma świadomość długości wspólnej granicy i potencjału militarnego Rosji, dlatego prowadzi bardzo ostrożną politykę.
W książce opisuje pan również symboliczne sytuacje pokazujące, że Kazachstan coraz wyraźniej podkreśla własną odrębność – choćby poprzez szersze używanie języka kazachskiego podczas oficjalnych spotkań.
Tak, trwająca wojna Rosji z Ukrainą przyspieszyła proces dekolonizacji świadomości również w Kazachstanie. Coraz większą rolę odgrywa język kazachski, a społeczeństwo zaczęło znacznie wyraźniej postrzegać własną historię od czasu rosyjskiego podboju jako historię kolonizacji. To proces podobny do tego, który znamy z dawnych kolonii brytyjskich czy francuskich – język rosyjski jeszcze długo pozostanie ważny, ale tożsamość państwowa staje się coraz bardziej kazachska.
Rozmawiając o współczesnym Kazachstanie i jego relacjach z Rosją, nie sposób pominąć pamięci o represjach sowieckich. Z perspektywy Polski najczęściej przywołujemy Wielki Głód, który spustoszył sowiecką Ukrainę, czy terror stalinowski, tymczasem również Kazachstan poniósł w okresie kolektywizacji i represji ogromne straty. Jak współcześni Kazachowie patrzą dziś na tę historię? Czy wraz z procesem dekolonizacji zmienia się także sposób opowiadania o zbrodniach systemu sowieckiego?
To jest proces, który tak naprawdę rozpoczął się stosunkowo niedawno. Przez wiele lat mówiono przede wszystkim o poszczególnych zbrodniach albo o konkretnych sprawcach. Dopiero od niedawna coraz wyraźniej pojawia się przekonanie, że zbrodniczy był cały system komunistyczny. Wcześniej unikano takiego języka, między innymi po to, aby nie drażnić Rosji.
Zmienia się również sposób upamiętniania. W dawnym łagrze pod Karagandą powstało muzeum, które pokazuje skalę represji i ich miejsce w historii Kazachstanu. Jeszcze kilka lat temu wiele takich tematów pozostawało przemilczanych, a dostęp do archiwów był bardzo ograniczony. Dziś archiwa są stopniowo otwierane, choć proces ten przebiega powoli.
Coraz lepiej rozumiemy także mechanizm kolektywizacji. Dla koczowniczego społeczeństwa odebranie stad oznaczało właściwie odebranie możliwości życia. Wielu ludzi wolało wybić własne zwierzęta, niż oddać je do kołchozów. W rezultacie doszło do katastrofy humanitarnej i głodu o ogromnej skali.
Rosnąca świadomość tych wydarzeń nie oznacza jednak, że Kazachstan może prowadzić całkowicie swobodną politykę pamięci. Trzeba pamiętać o realiach geopolitycznych. Około 80 procent eksportu kazachskiej ropy trafia do Europy rurociągami przebiegającymi przez terytorium Rosji. Kazachstan musi więc bardzo ostrożnie równoważyć własną politykę historyczną z koniecznością utrzymywania relacji z Moskwą. Dlatego proces dekolonizacji postępuje, ale jest prowadzony niezwykle ostrożnie.

Skoro mówimy o represjach, chciałbym poruszyć jeszcze jeden wątek bardzo ważny z polskiej perspektywy. Kazachstan był przecież miejscem zesłania tysięcy Polaków – zarówno w czasach Imperium Rosyjskiego, jak i później, już w okresie stalinowskim. W książce pokazuje pan jednak, że historia polskiej obecności w Kazachstanie jest znacznie bardziej złożona. Z jednej strony mamy doświadczenie deportacji, z drugiej zaś proces sowietyzacji i stopniowej utraty języka oraz więzi z Polską. Jak wygląda to dzisiaj?
Trzeba pamiętać, że polska obecność w Kazachstanie zaczęła się znacznie wcześniej niż deportacje z czasów Stalina. Już po powstaniach narodowych na stepy kazachskie trafiali polscy zesłańcy. Wielu z nich odegrało ogromną rolę w poznawaniu tego kraju. Adolf Januszkiewicz, polski poeta i powstaniec listopadowy, jeden z bohaterów III części „Dziadów” Adama Mickiewicza, do dziś jest w Kazachstanie postacią powszechnie szanowaną. Jego nazwisko noszą ulice, a biogram w kazachskiej Wikipedii jest obszerniejszy niż w polskiej.
To jednak historia pełna paradoksów. Polacy byli ofiarami carskich represji, ale jednocześnie jako wykształceni urzędnicy czy badacze uczestniczyli w administracyjnym podporządkowywaniu Kazachstanu Imperium Rosyjskiemu. Badali miejscowe prawo zwyczajowe, prowadzili badania etnograficzne i pomagali władzom lepiej zarządzać regionem. Zdecydowana większość współczesnych Polaków w Kazachstanie wywodzi się jednak z deportacji z lat 30. XX wieku. Byli to ludzie mieszkający wcześniej na terytorium sowieckich Ukrainy i Białorusi, którzy nigdy nie żyli w niepodległej Polsce. Stalin uznał ich za element politycznie niepewny i wraz z innymi grupami narodowościowymi deportował do Kazachstanu. Warunki były dramatyczne. Wielotygodniowa podróż w wagonach bydlęcych, budowanie ziemianek, walka o przetrwanie – to doświadczenie całych rodzin. Z czasem ich sytuacja stopniowo się poprawiała, ale pozostawali częścią sowieckiego projektu budowy „człowieka sowieckiego”, pozbawionego silnych więzi narodowych i posługującego się przede wszystkim językiem rosyjskim. To właśnie dlatego proces wynaradawiania Polaków w Kazachstanie postępował wyjątkowo szybko. Wielu utraciło znajomość języka polskiego, zachowując jedynie pamięć o swoim pochodzeniu lub elementy religijności przekazywane w rodzinach. Rozmawiałem z osobami, które nie potrafiły już mówić po polsku, ale pamiętały modlitwy nauczone przez rodziców czy dziadków.
Po uzyskaniu przez Kazachstan niepodległości część osób zdecydowała się na wyjazd do Polski, jednak wielu zostało. Dziś ich postawy wobec Rosji są bardzo zróżnicowane. Osoby bardziej związane z polskością często patrzą na historię inaczej, ale znaczna część starszego pokolenia nadal czerpie informacje z rosyjskich mediów i zachowuje prorosyjską perspektywę. Podobnie zresztą zachowuje się część kazachskich Ukraińców.
To pokazuje, jak głęboko wieloletnia sowietyzacja wpłynęła na świadomość tej społeczności. Jednocześnie są to ludzie niezwykle serdeczni i gościnni, których losy to jeden z najbardziej dramatycznych rozdziałów wspólnej historii Polski i Kazachstanu.
Wspomniał pan już o Rosji, ale chciałbym zapytać również o drugiego wielkiego sąsiada – Chiny. Kazachstan od lat próbuje prowadzić politykę równoważenia wpływów mocarstw. Jaką rolę odgrywa dziś Pekin? Czy chińska obecność jest postrzegana jako szansa gospodarcza, czy raczej jako nowe wyzwanie?
W Kazachstanie Rosjanie i Chińczycy są postrzegani zupełnie inaczej. Rosjanie kojarzą się z dawnym imperium i kolonialną przeszłością. Chińczycy są natomiast odbierani przede wszystkim jako sąsiedzi i partnerzy gospodarczy, choć oczywiście również budzą pewne obawy. Przez wiele lat obowiązywał nieformalny podział ról: Rosja odpowiadała za bezpieczeństwo, a Chiny rozwijały współpracę gospodarczą. Pekin inwestował przede wszystkim w infrastrukturę, transport i handel, natomiast Kazachstan starał się nie dopuścić do nadmiernego uzależnienia od jednego partnera.
Po rosyjskiej agresji na Ukrainę znaczenie Chin jeszcze wzrosło. Kazachstan bardzo konsekwentnie podkreśla nienaruszalność granic państwowych. Wynika to z własnych doświadczeń i z obawy, że podważanie integralności terytorialnej mogłoby stworzyć niebezpieczny precedens również dla niego – i taki punkt widzenia prezentuje także Pekin.
Obecny prezydent Kasym-Żomart Tokajew doskonale zna Chiny – biegle mówi po chińsku i przez wiele lat pracował w Chinach jako dyplomata. Dzięki temu prowadzi politykę równoważenia wpływów Rosji, Chin i Zachodu. Istotną rolę odgrywają również inwestycje zachodnich koncernów w sektorze wydobywczym, które ograniczają ryzyko całkowitego uzależnienia Kazachstanu od jednego kierunku współpracy.

Chciałbym jeszcze zapytać o miejsce, które dla wielu osób jest symbolem Kazachstanu – kosmodrom Bajkonur. W książce pokazuje pan jednak, że jego znaczenie jest znacznie bardziej złożone. To nie tylko symbol sowieckich sukcesów w podboju kosmosu, ale również przestrzeń, która do dziś pozostaje silnie związana z Rosją. Jak współcześni Kazachowie patrzą na Bajkonur?
Paradoksalnie, gdy myślę o miejscach najbardziej naznaczonych historią Kazachstanu, wcześniej przychodzą mi do głowy poligon nuklearny w Semipałatyńsku, Morze Aralskie czy pozostałości systemu łagrów. Bajkonur jest oczywiście symbolem, ale funkcjonuje na innych zasadach.
Kosmodrom pozostaje wydzierżawiony Rosji i w praktyce jest zarządzany przez stronę rosyjską. Nadal obowiązują tam rosyjskie przepisy, funkcjonują rosyjskie instytucje i odbywają się rosyjskie wybory. Jednocześnie miejsce to można zwiedzać – organizowane są nawet wyjazdy na starty rakiet, choć obecnie odbywają się one znacznie rzadziej niż dawniej.
To przestrzeń pełna paradoksów: z jednej strony symbol ogromnego osiągnięcia technologicznego, z drugiej – przypomnienie o imperialnym dziedzictwie Związku Sowieckiego i wciąż bardzo silnej obecności Rosji w Kazachstanie.
Na zakończenie chciałbym odejść od wielkiej polityki. W książce cytuje pan Mariusza Wilka, współczesnego polskiego eseistę i podróżnika, który pisał o Kazachstanie jako o przestrzeni niemal bezkresnej. Sam wielokrotnie przemierzał pan ten kraj. Jakie wrażenie robi Kazachstan na podróżniku? Co najbardziej zapada w pamięć?
Przede wszystkim ogrom przestrzeni. Czytając wspomnienia polskich zesłańców, wielokrotnie natrafiałem na porównanie stepu do oceanu. Kiedy sam zacząłem podróżować po Kazachstanie pociągami, zrozumiałem, co mieli na myśli. Miałem wrażenie, jakbym płynął od jednej wyspy do drugiej przez bezkresny ocean traw.
Tego kraju nie da się dobrze poznać z pokładu samolotu. Trzeba po nim podróżować pociągiem albo samochodem, powoli, obserwując zmieniający się krajobraz i rozmawiając z ludźmi. Dopiero wtedy można zrozumieć skalę tej przestrzeni i sposób myślenia jej mieszkańców.
A Kazachowie? To ludzie niezwykle gościnni i bardzo lubiący nowinki techniczne oraz różnego rodzaju gadżety. Sami opowiadają o sobie wiele dowcipów. Jeden z moich ulubionych brzmi tak: w zaświatach spotykają się Rosjanin, Niemiec i Kazach. Rosjanin mówi: „Kupiłem Ładę, chciałem ją oblać z kolegami, rozbiłem się i dlatego tu jestem”. Niemiec odpowiada: „Kupiłem Mercedesa, za szybko wszedłem w zakręt i też tu trafiłem”. „A ja kupiłem Rolls-royce’a” – rzecze Kazach. „I co, i co??? – dopytują tamci. „I z głodu zdechłem” – kwituje smętnie syn wielkiego stepu. To dobrze oddaje autoironiczne kazachskie poczucie humoru.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Tomasz Lachowski.
Zdjęcia: Łukasz Klimczak HEART ATTACK (wykonane podczas spotkania autorskiego Wojciecha Góreckiego w Łodzi, w Klubokawiarni podróżniczej Tubylec)
Wojciech Górecki – reporter, analityk i historyk specjalizujący się w tematyce Kaukazu i Azji Centralnej. W latach 2002–2007 pierwszy sekretarz, a następnie radca w Ambasadzie RP w Baku. Był ekspertem misji UE badającej okoliczności wojny w Gruzji w 2008 roku. W latach 2014–2015 członek zarządu Fundacji Solidarności Międzynarodowej. Okazjonalnie – wykładowca akademicki. Pracuje w Ośrodku Studiów Wschodnich im. Marka Karpia w Warszawie.



