Temat Ukrainy, jej przyszłości oraz stosunku polskiego rządu, a także samych Polaków do tych kwestii, pozostaje jednym z głównych wątków obecnego dyskursu publicznego. Oczywiście intensywność tej debaty zmienia się w zależności od konkretnych wydarzeń, rocznic czy wypowiedzi decydentów. W poniższym tekście chciałbym jednak skupić się na wyraźnie zauważalnej tendencji w myśleniu politycznym, której przejawem jest zmiana percepcji Ukrainy przez jedną z kluczowych sił politycznych w Polsce.

Autor: dr Michał Rulski
24 sierpnia 1991 roku ukraiński parlament przyjął Deklarację niepodległości. Po 35 latach, po trudnym okresie wojny obronnej z rosyjskim imperializmem, w wielu miastach w Polsce wspólnie celebrowano tę rocznicę, wyrażając przy tym poparcie dla zaatakowanego państwa. Przeciwko takim wydarzeniom protestowało wielu polityków prawicowych, w tym również tych związanych z Prawem i Sprawiedliwością. Jest to o tyle istotne, że obserwujemy poważne zmiany na polskiej scenie politycznej w odniesieniu do zasadniczych problemów oraz wyzwań, z jakimi ma się mierzyć Rzeczpospolita. Towarzyszy temu coraz wyraźniejsze rozmycie polskiej racji stanu oraz ryzyko załamania ciągłości dotychczasowych kierunków realizacji jej celów w stosunkach międzynarodowych.
Wprawdzie sama partia, jak również jej prezes Jarosław Kaczyński, nie wyrazili żadnego stanowiska w tej sprawie, skupiając się głównie na krytyce polityki fiskalnej i gospodarczej obecnego rządu, ale widać, że temat Ukrainy stał się niewygodny dla Nowogrodzkiej. Część działań i deklaracji polityków PiS wskazuje bowiem na wyraźny prawoskręt tego środowiska oraz dystansowanie się, a wręcz niechęć do kwestii związanych z przyszłością ogarniętej wojną Ukrainy. Wprawdzie można uznać, że jest to próba poszukiwania nowej jakości w dyskursie publicznym, jednak może ona w istocie świadczyć o bezradności w poszukiwaniu społecznego poparcia. Jest to o tyle zaskakujące, że usilne zabieganie o uznanie wśród elektoratu radykalnej prawicy jest nie tylko marketingową drogą donikąd – bardzo trudno będzie bowiem odebrać głosy obu Konfederacjom – lecz przede wszystkim oznacza podważanie własnych, racjonalnych decyzji i wizji politycznych dotyczących relacji Polski i Ukrainy, które zostały nakreślone w przeszłości i powinny wyznaczać kierunek polityki wobec przyszłości obu państw.
Skoro PiS tak bardzo chce odwoływać się do dziedzictwa Jana Olszewskiego oraz jego rządu – funkcjonującego stosunkowo krótko, ale wyraźnie wpisującego się w historię III RP oraz obecnego podziału politycznego – to również powinien opowiadać się za polityką zagraniczną autorstwa prof. Krzysztofa Skubiszewskiego, piastującego stanowisko szefa MSZ w czterech kolejnych rządach w latach 1989–1993 i wyznaczającego kierunki rozwoju dyplomacji III RP. To właśnie ten minister miał przekonywać ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsę, aby odrzucił pomysły prezydenta Ukrainy Leonida Kuczmy dotyczące stworzenia „strefy bezpieczeństwa” w Europie Środkowo-Wschodniej, rozciągającej się od Estonii po Bułgarię, uznając, że państwa tego regionu, w tym oczywiście Polska, powinny dążyć do integracji z zachodnimi strukturami.
Jakby nie patrzeć, Polska jako pierwsze państwo (obok Kanady) uznała niepodległość Ukrainy, co było wyrazem spójnej wizji polskiej dyplomacji pod kierunkiem Skubiszewskiego. Co więcej, to właśnie za rządów Jana Olszewskiego, w maju 1992 roku, podpisano polsko-ukraiński traktat o dobrym sąsiedztwie i współpracy, którego negocjatorem był właśnie poznański profesor prawa międzynarodowego. We wspomnianym dokumencie zaznaczono, że oba państwa są „świadome swojej współodpowiedzialności za pokój, bezpieczeństwo, porozumienie i współpracę na kontynencie europejskim, w tym w Europie Środkowej”. Można uznać to za przesłanie wciąż aktualne, szczególnie dzisiaj, w tak dynamicznie zmieniających się czasach.
Z kolei Skubiszewski w swoim expose z 8 maja 1992 roku podkreślał: „Dobre ułożenie stosunków z Ukrainą od początku jej niepodległości owocuje zbliżeniem między Warszawą a Kijowem we wszystkich dziedzinach. Wiele obiecujące, a przy tym wolne od historycznych obciążeń stosunki polsko-ukraińskie należy uznać za przełomowy sukces nowej polskiej demokracji w polityce międzynarodowej”.
Oczywiście w tym czasie nie rozwiązano wszystkich istotnych sporów związanych z polityką historyczną. Jednak ustabilizowanie relacji na początku III RP dawało podstawy do dalszych rozmów dotyczących nie tylko roli obu państw w nowym układzie postzimnowojennym, lecz także podejmowania tematów trudnych. Jak się następnie okazało, Polska po dziś dzień ma problemy z realizacją swoich celów w polityce pamięci, co obecnie jest przypominane przede wszystkim przez środowiska prawicowe.
Oczywiście o samych kierunkach działań w polityce zagranicznej PiS można mówić po 2005 roku, kiedy ugrupowanie to stało się dominującą siłą w parlamencie, co pozwoliło mu stworzyć rząd koalicyjny, a następnie wygrać wybory prezydenckie przez Lecha Kaczyńskiego. I właśnie jako głowa państwa profesor Uniwersytetu Gdańskiego wykazał szczególną aktywność na rzecz pojednania i zbliżenia narodów polskiego i ukraińskiego, rozumiejąc znaczenie tych relacji nie tylko dla obu sąsiadujących państw, ale również dla całej Europy. Nie chodziło przy tym wyłącznie o aktywność w obszarze polityki historycznej, czego przykładem była wspólna deklaracja z jego ukraińskim odpowiednikiem Wiktorem Juszczenką z 2006 roku, dotycząca konieczności wzajemnego przeproszenia i przebaczenia dawnych win, lecz także o realizm geostrategiczny i geopolityczny.
To przecież Lech Kaczyński lansował współpracę w ramach grupy GUAM (Organizacja na rzecz Demokracji i Rozwoju, zrzeszająca Gruzję, Ukrainę, Azerbejdżan i Mołdawię), koncentrując się na bezpieczeństwie energetycznym Europy Wschodniej i Środkowo-Wschodniej. Podobnie prezydent Lech Kaczyński opowiadał się za przyjęciem Ukrainy i Gruzji do struktur Sojuszu Północnoatlantyckiego. Wielu komentatorów przypomina również jego słynne i, jak się później okazało, niezwykle trafne wystąpienie w Tbilisi z 2008 roku, a także inicjatywę wspólnego wsparcia napadniętego państwa przez prezydentów krajów z regionu potencjalnie zagrożonego rosyjską agresją.
Szefowa MSZ za czasów rządu Jarosława Kaczyńskiego, Anna Fotyga (notabene bliska współpracownica Lecha Kaczyńskiego jeszcze z czasów opozycji antykomunistycznej), w swoim expose z maja 2007 roku mówiła wprost o dalszym rozszerzeniu Unii Europejskiej na Wschód, co miało dotyczyć również Ukrainy. W ówczesnym dyskursie publicznym nie był to temat tak drażliwy jak obecnie. Paradoksalnie jednak, biorąc udział w negocjacjach nad nowym traktatem unijnym i godząc się na wprowadzenie procedury podwójnej większości, Lech Kaczyński, podpisując 10 października 2009 roku Traktat z Lizbony, a wraz z nim ówczesna dyplomacja PiS, praktycznie przekreślili możliwość pełnej integracji naszego wschodniego sąsiada z UE. Większość państw europejskich obawia się bowiem przyjęcia tak dużego państwa do unijnego grona decyzyjnego, uwzględniając jego potencjalną siłę głosu oraz liczbę ludności.
Po sukcesie w wyborach prezydenckich i parlamentarnych w 2015 roku PiS wyraźnie nie zmienił zasadniczego zarysu swojej polityki wobec Ukrainy. Politycy tego ugrupowania, w tym sam Jarosław Kaczyński, pojawiali się na Euromajdanie w grudniu 2013 roku, popierając proeuropejskie aspiracje Ukrainy. Sam prezes zapewniał, że chce „kontynuować dzieło swojego brata”. Dyplomacja rządów Zjednoczonej Prawicy wspierała realizację Partnerstwa Wschodniego, czyli unijnej inicjatywy adresowanej do wschodnich sąsiadów Unii Europejskiej, powołanej za rządów Platformy Obywatelskiej, ze szczególną rolą ówczesnego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego.
Dodatkowo zdecydowano się na powołanie nowych form współpracy, takich jak Trójkąt Lubelski, ustanowiony 28 lipca 2020 roku przy udziale ówczesnego szefa polskiego MSZ Jacka Czaputowicza. Uczestnicy inicjatywy, w tym Polska i Litwa, zadeklarowali, że „popierają ambicje Ukrainy dotyczące członkostwa w NATO. Przyznanie Ukrainie Planu Działań na rzecz Członkostwa powinno być kolejnym krokiem w tym kierunku”. Jak widać, zarówno Warszawa, jak i Wilno postrzegały wówczas te kwestie jako istotne dla własnego bezpieczeństwa, a nie jako zagrożenie. Warto również dodać, że Ukraina stała się uczestnikiem stowarzyszonym inicjatywy Trójmorza, powołanej z inicjatywy prezydenta Andrzeja Dudy, będącego kandydatem PiS, a wcześniej pracownika Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Analizując zmianę postrzegania priorytetów w polityce zagranicznej przez opisywaną partię, nie można pominąć zaangażowania rządu Mateusza Morawieckiego w wieloaspektową pomoc Ukrainie. Dla ścisłości warto w tym miejscu przytoczyć oficjalny raport „Polska pomoc Ukrainie 2022–2023”, przedstawiony przez Radę ds. Współpracy z Ukrainą – organ pomocniczy Prezesa Rady Ministrów, ustanowiony już przez Donalda Tuska. Raport „Polska pomoc Ukrainie 2022–2023” Uwzględniając oddolne zaangażowanie różnorodnych środowisk społecznych, instytucji publicznych, samorządów i innych podmiotów, pomoc ta cieszyła się szerokim poparciem obywateli.
Z kolei w kwestii przekazywania broniącej się Ukrainie kolejnych pakietów uzbrojenia działania te miały być kompatybilne z procesem inwestycji w armię oraz zakupu nowego sprzętu prowadzonym przez ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka, bliskiego współpracownika prezesa Kaczyńskiego. Naturalne jest, że opinia publiczna łatwiej akceptuje przekazywanie starszego uzbrojenia sojusznikom, gdy jednocześnie jest zapewniana, że własna armia uzyska nowe zdolności odstraszania w niestabilnym otoczeniu międzynarodowym.
Wspominając jeszcze Jarosława Kaczyńskiego, warto zauważyć, że jako wicepremier ds. bezpieczeństwa, a zarazem przewodniczący Komitetu Rady Ministrów do spraw Bezpieczeństwa Narodowego i spraw Obronnych, wraz z premierem Mateuszem Morawieckim pojawił się w kwietniu 2022 roku w Kijowie. W swoich wypowiedziach docenił wojskowy wysiłek naszych wschodnich sąsiadów, mówiąc: „Ukraińcy dziś walczą o wolność swoją, ale też o wolność innych narodów Europy, chociaż nie zawsze elity tych narodów to dostrzegają i wyciągają z tego odpowiednie wnioski”. Warto zaznaczyć, że przedstawiciel RP Bartosz Cichocki w lutym 2022 roku jako jedyny ambasador państwa członkowskiego UE zdecydował się nie opuszczać atakowanej stolicy Ukrainy. Zaznaczam przy tym, że dyplomata nigdy nie był związany ze środowiskiem PiS, jednak otrzymał nominację w 2019 roku i w swojej działalności realizował ówczesną linię rządu.
Analizując zachowania środowiska Prawa i Sprawiedliwości, trudno zrozumieć późniejsze powielanie przez jego przedstawicieli narracji antyukraińskiej, generowanej często przez algorytmy oraz przekaz płynący z Moskwy. Jest to szczególnie zastanawiające, gdy weźmiemy pod uwagę, że ugrupowanie to od wydarzeń pod Smoleńskiem w 2010 roku przestrzegało przed niebezpieczeństwem płynącym z Rosji, a także wielokrotnie zwracało uwagę na rosyjskie działania dezinformacyjne dotyczące tej tragedii. Można tutaj dostrzec wyraźny dysonans poznawczy pomiędzy doraźnymi działaniami podporządkowanymi marketingowi politycznemu a wieloletnim przekazem partii i wartościami, na których budowała ona swoją tożsamość.
Reasumując, widać wyraźny rozdźwięk pomiędzy dotychczasową praktyką polityki zagranicznej, osadzoną w odpowiedzi na realne wyzwania państwa, za którego los się odpowiadało, a daleko idącym przeorientowaniem stanowiska, dyktowanym chwilowymi i emocjonalnymi nastrojami społecznymi. Powyższy przykład jednej z istotniejszych partii politycznych na polskiej scenie pokazuje szerszą tendencję zacierania się granicy pomiędzy polityką zagraniczną a polityką wewnętrzną. Musi to z kolei wpływać na sam proces demokratyczny, kształtowanie obietnic wyborczych oraz podejmowanie decyzji przez władzę wykonawczą i ustawodawczą. W tej sytuacji niekoniecznie najważniejsza staje się jednak racja stanu, kierowanie się priorytetami strategicznymi czy uwzględnianie mechanizmów i konsekwencji podejmowanych działań w perspektywie długoterminowej.
Michał Rulski – doktor nauk społecznych w zakresie nauk o polityce. Absolwent politologii oraz europeistyki Uniwersytetu Łódzkiego. Na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego obronił pracę doktorską pt. ,,Soft power Unii Europejskiej po Traktacie z Lizbony”. Zawodowo związany również z Akademią Humanistyczno-Ekonomiczną w Łodzi oraz Wyższą Szkołą Finansów i Informatyki im. prof. Janusza Chechlińskiego. Były dziennikarz i urzędnik państwowy.


