Przez ostatnie trzy dekady bezpieczeństwo Polski opierało się na dwóch filarach – integracji europejskiej oraz sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Oba uległy wzmocnieniu po jej przystąpieniu do NATO i Unii Europejskiej.

Autor: dr Przemysław Piotr Damski
Do Sojuszu Północnoatlantyckiego należy wiele państw, lecz od początku najważniejszy był komponent amerykański – jako najsilniejszy członek NATO, zwycięzca zimnej wojny i jedyne mocarstwo, które mogło przeciwstawić się Rosji. Stąd też kolejne polskie rządy ściśle współpracowały z USA, a gdy to było możliwe zabiegał o utworzenie baz amerykańskich na terenie Rzeczypospolitej. Starania te skutkowały stacjonowaniem w Łasku w pobliżu Łodzi amerykańskich pilotów, a także oddziałów amerykańskich (np. koło Poznania). W obliczu rosyjskiej agresji na Ukrainę rola czynnika amerykańskiego w zapewnianiu Polsce bezpieczeństwa jedynie wzrosła.
W tym samym czasie filar europejski zasadzał się przede wszystkim na integracji politycznej i gospodarczej w ramach Unii Europejskiej. Miało to przyczynić się nie tylko do rozwoju gospodarczego i dobrobytu, ale wzmocnienia pozycji polskiej w Europie, współdecydowania o polityce UE wobec Rosji. Efektem tego było realizowanie programu Partnerstwo Wschodnie.
Nieefektowność tego programu, prorosyjska polityka Niemiec oraz niezdecydowanie pozostałych państw członkowskich Unii, przekonały część polskiej sceny politycznej, że należy inaczej rozłożyć punkty ciężkości w polskiej polityce bezpieczeństwa. Stąd rządy Prawa i Sprawiedliwości położyły większy nacisk na bliższe relacje z USA kosztem relacji z UE. Reaktywnie, Koalicja Obywatelska położyła następnie większy nacisk na filar europejski.
Zwrot republikański
Przez całe lata 90. minionego stulecia obydwa filary bezpieczeństwa były równie istotne niezależnie od tego, która frakcja polityczna obejmowała stery rządów w Polsce. Podobnie wyglądał początek XXI wieku, gdy postkomunistyczny i centrolewicowy rząd SLD nie tylko wypełnił zobowiązania sojusznicze i zaangażował się w Afganistanie, ale i przystąpił do amerykańskiej inwazji na Irak oraz zgodził się na nielegalne przesłuchanie przez CIA więźniów na terytorium Polski. Ten sam rząd dokończył negocjacje o przystąpieniu do UE i podpisał traktat akcesyjny. Zarówno pierwszy rząd Prawa i Sprawiedliwości (2005-2007) oraz Platformy Obywatelskiej (po 2007 roku) co do zasady utrzymywały tę równą odległość, nawet jeśli retorycznie występowały między nimi różnice. Nawet jeśli słusznie uważano Polskę za najbardziej proamerykańskie państwo w UE.
Jednak po przegranych wyborach w 2007 roku Prawo i Sprawiedliwość rozpoczęło przewartościowywanie polityki proamerykańskiej. Pierwotnie nie była ona identyfikowana z żadną partią w USA. Niezależnie od tego, czy prezydent Stanów Zjednoczonych pochodził z Partii Republikańskiej czy Demokratycznej, istotny był przede wszystkim sojusz z samym państwem amerykańskim. Natomiast w okolicach drugiej kadencji Baracka Obamy PiS zaczęło wyraźnie utożsamiać i faworyzować Partię Republikańską.
Pierwsze zwycięstwo Donalda Trumpa umocniło ten kierunek w partii Jarosława Kaczyńskiego. Zwłaszcza, że Trump był krytyczny wobec Niemiec i Francji oraz domagał się od sojuszników zwiększenia nakładów na obronność. Z tej perspektywy zwrot ten wydawał się słuszny.
Ideologia przed interesem
Zwrot republikański był w dużej mierze jednak zwrotem ideologicznym, choć nie pozbawionym uzasadnionych argumentów. O ile PiS przesiąknięty jest germanofobią, to trafnie diagnozował, że bliskie relacje niemiecko-rosyjskie nie służą bezpieczeństwu Polski. Zniechęcenie do demokratów mogło się również wiązać z dobrymi relacjami między kanclerz Angelą Merkel i Obamą oraz miękkiego stanowiska tego tandemu wobec rosyjskiej aneksji Krymu. Słusznie też dostrzegano w tamtym okresie dominującą rolę Niemiec w UE.
Sceptycyzm PiS sugerował zatem budowanie alternatywy dla tego problematycznego układu. PiS nie skorzystał jednak z tego, że partie amerykańskie są inne od europejskich, bardziej zdecentralizowane, a ich skrzydła bardziej znaczące. Nie działał dwutorowo tj. nie poszukiwał sojuszników zarówno wśród Republikanów, jak i Demokratów, lecz uznał, że bezpieczeństwo Polski związane jest z jedną opcją. Nie uwzględnił w swoich kalkulacjach osobowości Trumpa. Uważano go za jastrzębiego, antyniemieckiego polityka, który w dodatku popiera ideę Trójmorza i chce utrzeć nosa Europejczykom, którzy jadą na gapę w kwestii bezpieczeństwa. W dodatku UE zgłaszała wówczas zastrzeżenia wobec reform podejmowanych przez rząd PiS, wstrzymywała finansowanie z KPO. Doszło zatem do powstania antytezy dla „lewackiej Europy” przeszkadzającej PiS i „działającej pod dyktando Niemiec” w postaci „tradycyjnej”, „chrześcijańskiej” trumpistowskiej Partii Republikańskiej, której polityka miała być zgodna z polską polityką w obszarze bezpieczeństwa.
Operowanie takim binarnym myśleniem uniemożliwiło PiS dostrzeżenie, lub co gorsza zbagatelizowało ono czynniki, które podważały sens opierania się głównie na Partii Republikańskiej i Trumpie. PiS mylnie uznało, Trump będzie po prostu neokonserwatywnym prezydentem skłonnym do unilateralizmu, czyli jakimś wariantem George’a W. Busha. Ignorowało, że Donald Trump ma inne poglądy niż ówczesny rdzeń Partii Republikańskiej. Koncentrowało się na Trójmorzu i idei Fortu Trump. Tymczasem Trump poważnie rozważał wyjście z NATO, co skłoniło obie partie amerykańskie do porozumienia i uchwalenia ustawy, zgodnie z którą prezydent musi mieć na to zgodę Kongresu. Ignorowano to, że Trump nie zamierzał dotrzymać umowy, aby wysłać do Polski żołnierzy, choć jest to sprawa dobrze poświadczona źródłowo. Sukcesy z tamtego okresu to nie zasługa Trumpa, lecz dokonania pomimo Trumpa podyktowane wpływami tradycyjnych republikanów. Tymczasem PiS cieszyło się z radykalizacji partii, rosnących wpływów MAGA, którzy byli nastawieni bardziej izolacjonistycznie, choć ideologicznie niewątpliwie bliżej im było do PiS.
W efekcie PiS zaangażowało się także w popieranie konkretnego kandydata na prezydenta USA. Gdy faworyzowany przezeń Trump przegrał w 2020 roku, doszło do ochłodzenia relacji. Nie chodziło wyłącznie o dystans Amerykanów, ale dystansowało się samo PiS sugerując, że Demokraci będą prezentowali bardziej miękkie stanowisko wobec Rosji. O ile mieli w pamięci politykę Obamy, to ignorowali atencję jaką Trump darzył prezydenta Rosji. Dopiero pelnoskalowa inwazja rosyjska na Ukrainę wymusiła zbliżenie Warszawy i Waszyngtonu. Jednak gdy doszło do kolejnych wyborów, PiS znów jednoznacznie zaangażowało się po stronie Partii Republikańskiej. Zabiegało też następnie o poparcie dla swojego kandydata u samego Trumpa.
Polaryzacja ideologiczna spowodowała, że Koalicja Obywatelska podkreślała swoją europejskość. Wątek amerykański był istotny ze względu na wojnę w Ukrainie. W mniejszym stopniu koncentrowano się na tym kto rezyduje w Białym Domu. Fakt, że był to Biden i w dalszym ciągu istniała ponadpartyjna zgoda, co do popierania Ukrainy ułatwiał sprawę. Rząd uznał za priorytet naprawę nadwątlonego filaru europejskiego. Proeuropejskość KO, choć integralna z jej ideologią nie kolidowała z dobrymi relacjami z USA. Trudno ocenić jak wyglądałoby to, gdyby u władzy w Stanach Zjednoczonych pozostawali republikanie.
Trump 2.0
Jestem przeciwnikiem twierdzenia, że obecny Trump to inny Trump niż ten z lat 2017-2021. Nie mamy żadnych przekonujących dowodów za potwierdzeniem tej tezy. Istnieje natomiast szereg ją podważających. Materiały opisujące funkcjonowanie jego pierwszej administracji potwierdzają to, co widzimy dziś. Różnica polega na zapleczu prezydenta Stanów Zjednoczonych. Podczas pierwszej kadencji Trump nie miał kadr i był zmuszony polegać na trzonie partii. Od tamtego czasu w mainstreamie partyjnym na znaczeniu zyskały zarówno ruchy MAGA jak i zwolennicy teorii spiskowych spod znaku QAnon uznający Trumpa za mesjasza. W rezultacie druga administracja składa się głównie z potakiwaczy, ludzi – poza pewnymi wyjątkami – niekompetentnych, ale ideologicznie oddanych MAGA i demonstracyjnie popierających prezydenta.
W rezultacie od samego początku drugiej kadencji administracja Trumpa podejmowała liczne decyzje wymierzone w sojuszników amerykańskich. Część z nich była wątpliwa ekonomicznie i politycznie do tego stopnia, że zaczęto nawet kwestionować poczytalność prezydenta. Moim zdaniem nie ma dostatecznych przesłanek, by twierdzić, że Trump jest dziś mniej poczytalny niż w 2017 roku.
Z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski ważniejsze jest, że antysojusznicze i nieprzewidywalne działania administracji Trumpa doprowadziły do obniżenia amerykańskiego prestiżu, wzrostu nastrojów antyamerykańskich w krajach sojuszniczych oraz pojawianiem się inicjatyw europejskich, które miały zbalansować zawiedzione oczekiwania poukładane w USA.
USA czy UE
Antysojusznicze działania Waszyngtonu skłoniły Europejczyków, w tym polski rząd, do poszukiwania alternatywnej lub – co moim zdaniem bardziej adekwatne – bardziej zdywersyfikowanej polityki bezpieczeństwa. Zbiegło się to w czasie z finalizowaniem przez UE wieloletnich negocjacji z MERCOSUR i Indiami. Sprawiło to wrażenie, że Unia Europejska chce się odciąć od Stanów Zjednoczonych w odpowiedzi na ich politykę celną. Tymczasem zapewne był to jedynie katalizator. Należy zauważyć, że USA groziły w ostatnim roku także odcięciem Europy od części usług. W efekcie Europa zaczęła stawiać na cyfrową suwerenność, uniezależnianie się od amerykańskich kart płatniczych przez wspieranie bezpośrednich środków płatności (np. Wero czy Blik) oraz skłanianie się do porozumień z Chinami.
Część komentatorów widzi w tym zwrot antyamerykański. Podkreśla, że podkopuje się sojusz z USA i godzi w polskie bezpieczeństwo. Zapewne część polskiej sceny politycznej chciałaby polityki bezpieczeństwa bez USA. Jednak mówienie o bezpieczeństwie opierającym się albo na UE albo na USA to fałszywe alternatywy. W położeniu geopolitycznym Polski niewiele zmieniło się przez ostatnie 30 lat, jeśli chodzi o fundamenty definiowania zagrożenia. Wciąż naszym największym zagrożeniem jest Rosja. Nie bez powodu od początku demokratycznej transformacji bezpieczeństwo Polski było budowane na dwóch filarach.
W obecnej sytuacji pytaniem nie jest zatem, czy Europa może zastąpić USA jako filar naszego bezpieczeństwa, lecz czy w sytuacji, gdy polityka amerykańska jest tak chaotyczna i ujawnia coraz więcej problemów Stanów Zjednoczonych możemy pozwolić sobie na bierność lub bezrefleksyjne popieranie każdego głupiego przedsięwzięcia amerykańskiej administracji? Czy USA są wciąż godne zaufania?
Krytycy bezrefleksyjnej proeuropejskości twierdzą słusznie, że Trump nie będzie prezydentem wiecznie. Ignorują jednak, iż kolejnym administracjom – niezależnie od barw partyjnych – nie będzie łatwo wrócić na poprzednie tory o ile w ogóle będą tego chciały. Trump zawiódł izolacjonistów. Jego wojenna polityka ponosi właśnie klęskę a on histeryzuje na Truth Social. Wątpliwe, by po takich poniżeniach Amerykanie chcieli angażować się znowu nim zbiorą nowe siły. Poza tym nie ma powodu zakładać, że będą chcieli zwiększyć swoje zaangażowanie w Europie, gdy przez ostatnich 20 lat kolejne administracje chciały ją ograniczyć. Trump praktycznie zlikwidował amerykańską pomoc dla Ukrainy przy walnym poparciu Republikanów. Kolejna administracja zatem specjalnie jej nie zwiększy. Może zrobią to Demokraci, ale niezbyt obficie, gdyż będą zmuszeni walczyć z rekordowym zadłużeniem publicznym, inflacją i bezrobociem.
Kwestia polskiej obronności nie polega zatem na wyborze między USA a UE, przynajmniej nie w tym momencie, ponieważ nie wiemy w jakim kierunku pójdzie administracja amerykańska. Nie musimy angażować się w głupie przedsięwzięcia amerykańskie, aby zapewniać sobie ich przychylność. Możemy wykorzystać dobre relacje prezydenta Karola Nawrockiego z Donaldem Trumpem. Jednocześnie pamiętajmy, że obecny konflikt USA i Izraela z Iranem pokazuje, że USA mają ograniczone możliwości obrony swoich sojuszników. Są bezradni wobec ataków dronowych przeciwnika, poza tym na zamówioną broń z USA trzeba długo czekać. Teraz, gdy muszą one odbudować swój potencjał militarny, trzeba będzie czekać jeszcze dłużej.
Nie oznacza to, że należy lekceważyć USA. Parasol nuklearny i dobre relacje UE-USA przed 2025 rokiem dają perspektywę na ułożenie stosunków transatlantyckich. Nie widzę jednak żadnego argumentu za tym, aby sojusz z Waszyngtonem miał się równać uzależnieniu w nadziei, że do Białego Domu nie dostanie się kolejny narcystyczny głupiec, który będzie podejmował szkodliwe dla Polski, osłabiające NATO decyzje oraz będzie bratał się z naszymi wrogami w imię osobistych sympatii.
Przemysław Piotr Damski – adiunkt w Katedrze Teorii i Historii Stosunków Międzynarodowych na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego


