Paweł Smoleński: „akcja „Wisła” była bez wątpienia zbrodnią przeciwko ludzkości” [WYWIAD]

Rozmowa z Pawłem Smoleńskim, autorem książki „Syrop z piołunu. Wygnani w akcji Wisła”, o przymusowych przesiedleń ludności ukraińskiej w 1947 roku, dokonanych przez władze powojennej Polski oraz dzisiejszej obecności mniejszości ukraińskiej, jak i ukraińskich migrantów w Polsce. Rozmawiali Tomasz Grzywaczewski i Tomasz Lachowski.

Paweł Smoleński / fot. Konrad Jęcek

Zacznijmy od podstawowego pytania, czy akcja „Wisła” musiała się wydarzyć? Gdzie zapadły decyzje o tym, żeby przymusowo przesiedlić niemałą grupę Ukraińców, Rusinów, Łemków, Bojków, ale i nawet Polaków, z ich małych ojczyzn w południowo-wschodniej powojennej Polsce w nieznane, czyli na tzw. Ziemie Odzyskane? W Moskwie czy Warszawie?

Powiem tak – skoro do akcji Wisła doszło, to znaczy, że musiało dojść, nie opowiadajmy historii i o historii wbrew faktom. W tamtym czasie zresztą taki panował „model” rozwiązywania kłopotów z mniejszościami narodowymi – pamiętamy przecież dokonywane na masową skalę przesiedlenia przeprowadzone w Związku Radzieckim. W powojennych latach 40. po Europie i Azji przemieszczały się całe karawany ludzi, przymusowo, pod karabinami, bo problem dotyczył w podobnym stopniu Niemiec, Polski, Czechosłowacji, Rumunii i innych państw regionu Europy Środkowo-Wschodniej. W Polsce po 1945 roku w ten sposób postanowiono postąpić z Ukraińcami, których bano się, co wynikało jeszcze z doświadczeń II Rzeczypospolitej. Byli oni postrzegani jako niepokorna mniejszość – to jedno. Drugie – podejrzewam, że polskim komunistom zamarzył się kraj jednonarodowy i jednowyznaniowy, a Ukraińcy psuli ten obraz. A nauczone porażką II RP w kwestii mniejszości narodowych polskie władze zainstalowane po 1945 roku doskonale zdawały sobie sprawę, że z mniejszościami sobie nie poradzą. Nawet wbrew oficjalnie szerzonemu internacjonalizmowi, gdzie narody miały przestać mieć jakiekolwiek znaczenie. Dlatego też postanowiono Ukraińców w tym „polskim morzu” państwa jednolitego etnicznie rozpuścić – i w znacznej mierze się to udało, choć przesiedlonych było prawie 140 tysięcy osób, a nie kilkanaście tysięcy jak traktowała ówczesna propaganda.

A na pytanie, gdzie zadecydowano o akcji „Wisła” trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć. Jest bowiem jasne, że wszystko co działo się w Polsce po II wojnie światowej było „przynajmniej konsultowane” z Moskwą. Z drugiej strony, jest też bezspornym, że akcji „Wisła” dokonano polskim rękami i to Polska jako państwo, nawet niesuwerenne, jest za nią odpowiedzialna.

W czasie przeprowadzenia przesiedleń w 1947 roku przedstawiało się akcję „Wisłę” jako operację wymierzoną w oddziały partyzanckie Ukraińskiej Powstańczej Armii poprzez odcięcie naturalnego zaplecza dla UPA jaki miała stanowić miejscowa ludność. Ten obraz w znacznej mierze pozostał zresztą aktualnym do dziś. Pan w swojej książce „Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła” zburzył ten mit, pokazując rzeczywistą skalę siły, a raczej jej braku, oddziałów UPA kryjących się w bieszczadzkich lasach, a także – wcale nieentuzjastyczny – stosunek miejscowej ludności do nich.

Nie sądzę, żebym musiał obalać jakieś mity. Znaczna część polskich historyków zajmujących się sprawą ukraińską po II wojnie światowej w Polsce, dowodzi w oparciu o dokumenty – podkreślmy – władzy ludowej, milicji, oddziałów bezpieki, że mit mówiący o konieczności wysiedlenia ludności cywilnej, żeby uporać się z partyzantką UPA jest po prostu brednią.

Bo na czym właściwie to wsparcie ludności cywilnej i działanie UPA miałoby polegać? Na walce z powojenną komunistyczną władzą w Warszawie, żeby na skrawku południowo-wschodniej Polski stworzyć coś na kształt ukraińskiego Piemontu? Demokratycznej, niesowieckiej Ukrainy? Faszystowskiej dyktatury? I czy Moskwa miałaby na to pozwolić? Po 5-6 latach wyniszczającej wojny było to po prostu niemożliwe z punktu widzenia wycieńczenia tych ludzi. A o „sile” oddziałów UPA świadczą najlepiej meldunki wojskowe ludowej armii, pokazujące ukraińskich partyzantów jako ludzi zmordowanych, chorych, niejednokrotnie zawszonych, najczęściej tworzących co najwyżej oddziały samoobrony oraz raporty UPA opowiadające o zmęczeniu i demoralizacji. To z pewnością nie były te oddziały UPA, które dopuściły się masakry polskiej ludności na Wołyniu w 1943 roku – nie ta skala, nie ten czas, nie ten kontekst geopolityczny. 

Tomasz Lachowski, Tomasz Grzywaczewski i Paweł Smoleński / fot. Konrad Jęcek

A jak wyglądała sama operacja przesiedlenia ludności ukraińskiej? Z kart Pańskiej książki wyłania się obraz okrutnego traktowania wysiedlanych przez oddziały Ludowego Wojska Polskiego i ogromnego cierpienia, które zaznawała ludność poddawana przesiedleniom. To prowadzi nas też do postawienia pytania o rolę obozu w Jaworznie, gdzie trafiali wszyscy niepokorni z punktu widzenia powojennej władzy w Polsce, w tym właśnie Ukraińcy z akcji „Wisła”.

W porównaniu do deportacji ludności na wschód, do Związku Radzieckiego, akcja „Wisła” to była jednak jak „przedszkole”, choćby dlatego, że przypadki zabójstw były jednak śladowe. A operacja wyglądała tak, że przyjeżdżało wojsko, okrążało wieś, dawało kilka godzin na spakowanie się i pod eskortą doprowadzało wysiedlanych do punktów zbornych, do pociągów. Zrządzeniem losu, a dosłownie zrządzeniem torów, wszystkie transporty ukraińskie jechały przez Oświęcim, i potem stamtąd pod Wrocław, Szczecin czy Olsztyn.

Jaworzno to rzeczywiście gigantyczna zadra i rzecz haniebna. Tam trafiali ludzie, którzy byli podejrzewani o to, że mogą „sprawić kłopoty”, niekoniecznie ukraińskiego pochodzenia, raczej wszyscy ci, którzy mieli otwarte głowy. To mógł być ksiądz, lekarz, nauczyciel – takich ludzi zamykano w Jaworznie, rzecz jasna bez wyroków. Księży – zwłaszcza greckokatolickich – upokarzano podwójnie, przez to, że byli Ukraińcami oraz osobami duchownymi. A trafić do tego strasznego obozu można było ze zwykłego sąsiedzkiego donosu, nie trzeba było żadnej udokumentowanej działalności np. w ukraińskim podziemiu. Wystarczało podejrzenie, wystarczało przypuszczenie – co jednak ważne nie jest to tylko opinia tych, którzy w Jaworznie byli zamykani. To przede wszystkim wiedza płynąca od osób, które z ramienia władzy ludowej nad obozem sprawowali kontrolę. Niejaki Oskar Karliner, prokurator na rejon krajowski, który nie słynął bynajmniej z łagodnej ręki, sam pisał w raportach do Warszawy, że to co dzieje się w Jaworznie to jakaś groza. To przecież był głód, tortury, choroby, upokarzanie, okrutne przesłuchania. A Jaworzno trwało kilkanaście miesięcy, co było zresztą gigantyczną perwersją, żeby urządzać kolejny obóz, będący w czasie niemieckiej okupacji podobozem KL Auschwitz-Birkenau, gdzie tak niedawno płonęły piece i działały komory gazowe. To wszystko spowodowało gigantyczną traumę u większości więźniów Jaworzna, traumę, która w praktyce trwa do dzisiaj.

W Polsce pokutuje też kolejny mit związany z akcją „Wisłą”, mówiący o tym, że choć przymusowo przesiedleni, to jednak Ukraińcy czy Łemkowie wysiedlani z terenów górskich trafiali do lepszych i większych gospodarstw, mając większe szanse na dostatnie życie. A jak było w rzeczywistości?

To jest mit. A nawet po prostu kłamstwo, jeśli ktoś mówi, że Ukraińcy i Łemkowie po przesiedleniach awansowali cywilizacyjnie. Przypominam, że akcja „Wisła” odbyła się w 1947 roku i Ukraińcy przyjechali na tzw. Ziemie Odzyskane już dwa lata po Polakach przesiedlanych z Wołynia czy Wileńszczyzny. Wszystkie lepsze domy po wysiedlonych Niemcach i Mazurach były już zajęte, dla Ukraińców zostawały tzw. kolonie, gdzieś pod lasem. Co ciekawe, meldunki milicji z rejonu Warmii i Mazur, ale i też Żuław Wiślanych, mówią wprost, że bano się jakiegoś buntu wśród ludności ukraińskiej, choć nielicznej, w związku z trudną sytuacją głodową. W 1947 roku przesiedlono ich bowiem już po okresie siewów, kiedy musieli być zależni w znacznej mierze od swoich – nie zawsze przychylnych – sąsiadów. A z nieobsianą ziemią nigdy nie łączy się obecność dobrego domu.

To jest mit, że Ukraińcy zostali przesiedleni z kurnych chat do wspaniałych poniemieckich gospodarstw – ponadto, nigdy przymusowe wysiedlenie z rodzimej ziemi, małej ojczyzny, nie może być czymś dobrym. Z zasady. Tę zasadę wyznaczył choćby statut Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze, a za nim normy prawa międzynarodowego, które przymusowe przesiedlenia nazywają zbrodnią przeciwko ludzkości. I tak – akcja „Wisła” była właśnie zbrodnią przeciwko ludzkości.

Jaki był stosunek lokalnej ludności do przesiedlanych Ukraińców? W swojej książce przywołuje Pan właściwie tylko przykład Polaków z Wileńszczyzny, którzy dość przyjaźnie odnosili się do wysiedlonych w akcji „Wisła”. Inni, choćby z centralnej Polski, już taką „miłością” do Ukraińców zdaje się nie pałali.

To wyglądało troszkę tak, że nad tymi przesiedleniami wisiała propagandowa łatka, że oto na północ czy zachód Polski jadą banderowcy. Krwawi rezuni, którzy nabijali na sztachety, mordowali. Ludzi zatrzymywanych w Jaworznie wielu miejscowych lżyło Ukraińców jako na właśnie banderowców-morderców. Podobny pogląd często dominował w centralnej Polsce czy choćby wśród przesiedlanych z Wołynia, gdzie nie ma co ukrywać działy się rzeczy straszne. Propaganda antyukraińska była wówczas bardzo silna, a akcję „Wisła” przeprowadzono na wielu frontach – żołnierze przechodzili rozmowy motywujące i wychowawcze, żeby wreszcie „dobić” faszystów, cywilów edukowały gazety. A warto też dodać, że reportaże z akcji „Wisła” opisujące jej przebieg, ukazywały się w prasie właściwie jeszcze przed dokonaniem poszczególnych przesiedleń. Dodajmy do tego choćby późniejsze „Łuny w Bieszczadach”, powieść napisaną przez Jana Gerharda, czy nakręcony na jej podstawie film „Ogniomistrz Kaleń”. Nic dziwnego, że te kalki „Ukrainiec-banderowiec-zbrodniarz” wówczas się bardzo mocno zakorzeniły, co pokutuje wśród części polskiego społeczeństwa właściwie do dziś.

Rzeczywiście jednak, i bardzo często się to podkreśla w ukraińskich relacjach, że zaistniała jakaś wspólnota doświadczenia wśród przesiedlanych Polaków z Wileńszczyzny.  Niejednokrotnie, zwłaszcza na samym początku obecności Ukraińców na tzw. Ziemiach Odzyskanych, to właśnie Wilniucy służyli jedyną pomocą wygnanym z akcji „Wisła”.

Fot. Konrad Jęcek

Ciekawi nas także pytanie dotyczące może nie tyle samych przesiedlonych, ale ich dzieci czy wnuków, odnoszące się do poczucia tożsamości tych młodszych pokoleń. Czy rzeczywiście – zgodnie z zamysłem władzy ludowej – ukraińskość ich rodziców rozpłynęła się w „polskim morzu”, wpływając na nich samych, czy może jednak próbowali odkryć swoje korzenie, a nawet wrócić do swoich małych ojczyzn gdzieś w Beskidzie Niskim czy Bieszczadach?

Byli tacy, którzy zostali przy swojej ukraińskości, głównie poprzez cerkiew, bo to jednak inny obrządek, dający również narodową tożsamość. Ale byli też tacy, których rodzice z akcji „Wisła” unikali rozmów po ukraińsku, chcąc wyzbyć się swoistego „ciężaru” bycia Ukraińcem, i niezwykle dziwili się, ale też fascynowali, kiedy raptem, po latach, dowiadywali się o swoim pochodzeniu. W czasach PRL różnie związki mniejszości narodowych były fikcją, a jeśli już działały to zazwyczaj fasadowo, kryjąc się za zwykłą „cepelią”. Dziś te związki istnieją, i choć wiemy, że trudno jest im nieraz zdobyć rządowe dotacje na np. upamiętnienie akcji „Wisła”, to jednak sytuacja jest nieporównywalnie lepsza. Co więcej, wydaje mi się, że w „normalnym” kraju tożsamość nie musi być wcale zamknięta. Uważam, że można czuć się jednocześnie i Ukraińcem, i Polakiem, i przywiązanie do obu tradycji czy narodów nie musi się wcale wykluczać.

A co do powrotów – to wracali Łemkowie z Beskidu Niskiego, i to na wszelkie możliwe sposoby, w tym oczywiście nielegalne. Sam poznałem kilka rodzin wysiedlonych w okolice Koszalina czy Stargardu Szczecińskiego, które zdecydowały się wrócić. Oczywiście, ich dawne gospodarstwa były już zajęte, najczęściej przez górali podhalańskich, więc kupowali ziemię, czasem starając się odkupić ojcowiznę, jeśli było to akurat możliwe. Ale powroty nie są zjawiskiem masowym. Zresztą, pytanie – co to właściwie znaczy wracać do siebie? Jeśli mieszkało się kilkadziesiąt lat na Mazurach czy Pomorzu Zachodnim, tam rodziły się dzieci, tam miano pracę, to trudno było ponownie spakować manatki i zaczynać wszystko od nowa.  

A co z próbami polsko-ukraińskiego pojednania podejmowanego już po 1989 roku? Czy decyzje, ale i symboliczne gesty podejmowane na poziomie Warszawy i Kijowa miały jakiś wpływ na wysiedlonych w akcji „Wisła”?

Historia polskich Łemków i polskich Ukraińców w III RP ma kształt sinusoidy. Było dobrze, a nawet bardzo dobrze, a dziś jest, mówiąc delikatnie, nie najlepiej. W polsko-ukraińskie pojednanie zaangażowali się „wszyscy święci” – przywódcy obu państw, ale też i większość innych polityków niebędących w danej chwili przy władzy, a także kościoły – rzymskokatolicki, greckokatolicki oraz cerkiew prawosławna. Wszyscy na tej niwie starali się bardzo mocno pracować, niestety okazało się, że niewiele z tego wyszło czy zostało, i stało się to niestety „nagle”. Prowadzi to do wniosku, że relacje między Polakami a Ukraińcami i pewna trauma wynikająca z trudnej przeszłości na poziomie międzyludzkim nie zostały przepracowane, a kiedy skończyły się sprzyjające warunki polityczne (co stało się po ostatnich wyborach parlamentarnych w Polsce), to niesnaski wybuchły z podwójną mocą. Skandalem jest choćby debata sejmowa przeprowadzona przy okazji nowelizacji ustawy o IPN, jak i sama ustawa, która była skierowana przeciwko Ukraińcom. Żeby po raz kolejny Ukraińcy zgięli kark i posypali głowy popiołem – rzecz jasna za Wołyń. Tylko co ma wspólnego zbrodnia wołyńska z historią Łemków spod Krynicy czy okolic Nowego Targu? Nie ma to żadnego związku, a „oberwało się” wszystkim, w tym mniejszości ukraińskiej w Polsce, z której znakomita część to właśnie wygnani w akcji „Wisła”.

Jak natomiast wyjaśnić stosunek rządu Prawa i Sprawiedliwości do Ukraińców czy „sprawy ukraińskiej” w ogóle? Dzisiaj to właśnie migranci z Ukrainy w znacznym stopniu ratują polską gospodarkę, a ukraińscy studenci polskie uczelnie. Co powoduje, że rząd PiS nie dość, że nie wykorzystuje w pełni tego potencjału, to też dopuszcza do przyjęcia przez polski Sejm kuriozalnej nowelizacji ustawy o IPN, która zwłaszcza w „części ukraińskiej” jest po prostu bublem prawnym? Tego sformułowania użył zresztą ceniony na prawicy były premier Jan Olszewski.

Nie mam na to dobrej odpowiedzi. Ale jeżeli w kampanii wyborczej melduje się wszem i wobec, że uchodźca to ktoś taki, kto przynosi w swoim ciele pierwotniaki i choroby, zagrażając narodowi polskiemu, to bardzo łatwo tego typu stwierdzenie rozciągnąć na wszystkich „obcych”. Polska stała się ostatnio krajem skupionym tylko na tym co „swoje” i „nasze”, co napędzają populizm mówiący o tym, że Ukraińcy zabierają pracę Polakom oraz pewne antyukraińskie nastroje. Przeważa lęk przed obcym niż dostrzeżenie rzeczywistych korzyści jakie może przynieść włączenie Ukraińców do polskiej gospodarki. Ukraińcy chcą tu pracować, zakładać swoje biznesy i płacić podatki. I choć sytuacja migrantów zarobkowych z Ukrainy jest całkowicie odmienna od problemów mniejszości ukraińskiej w Polsce żyjącej tu od lat, włączając w to oczywiście wygnanych w akcji „Wisła”, to polityka polskiego rządu, w szczególności w zakresie polityki historycznej, uderza rykoszetem także w nich. Po raz kolejny.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali Tomasz Grzywaczewski i Tomasz Lachowski.

 

Zdjęcia: Konrad Jęcek (Gun for Hire).

Wywiad jest skróconym zapisem spotkania z Pawłem Smoleńskim w ramach cyklu „Świat z innej beczki” w Łodzi 16 maja 2018 roku. Patronem merytorycznym cyklu jest Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej w Łodzi.

Tomasz Grzywaczewski, Paweł Smoleński i Tomasz Lachowski / fot. Konrad Jęcek
Redakcja

Serwis Obserwator Międzynarodowy, jest niezależnym tytułem prezentującym wydarzenia i przemiany zachodzące we współczesnym świecie.

No Comments Yet

Comments are closed